niedziela, 7 września 2014

Let's be optimists - Rozdział 8.

- Vi?! - szatynka z niedowierzaniem wlepiła oczy w leżącą na niej dziewczynę.
- Rose! - ucieszyła się niebieskooka piękność.
- Dan?! - brodacz udał zaskoczenie parząc na przyjaciela.
- Kyle! - wokalista rzucił się z uściskiem na wielbiciela kotów.
- Nie śmieszne... - zielonooka spojrzała na przytulających i śmiejących się razem mężczyzn. Próbowała być zła,ale widząc ich ulżyło jej, że konflikt został zażegnany, po czym usiada i zainteresowała się niespodziewanym gościem - Co ty tu robisz? - spojrzała na dziewczynę nadal lekko się dziwiąc.
- Na koncert oczywiście - oznajmiła niebieskooka z szerokim uśmiechem na twarzy. - Mniejsza o to... Co TY tu robisz? Wydzwaniałam do ciebie tyle razy i nigdy nie odbierałaś, a teraz nagle po 2 latach spotykam Cię w Fairfax!  
- To długa historia... - westchnęła i wstała na równe nogi, co uczyniła również jej stara przyjaciółka.
- Własnie widzę - Vi zmierzyła wzrokiem obu mężczyzn, na co oni po prostu odwdzięczyli się tym samym.
- Dan i Kyle z Bastille... - wskazała na stojące obok wyrośnięte bachory - Moja najlepsza przyjaciółka - Vi - postanowiła ich sobie przedstawić, choć nie skakała z tego powodu z radości. Wiedziała, że chłopcy mają nieprzyjemny zwyczaj zapraszania ładnych dziewczyn na jedno nocną wycieczkę do krainy rozkoszy, natomiast niebieskooka jeszcze 2 lata temu za nimi szalała, więc...
- Siemka - krótkowłosa przywitała chłopaków promiennym uśmiechem, co tylko jeszcze bardziej zirytowało jej przyjaciółkę.
- No hej - Kyle najwidoczniej zainteresował się stojącą przed nim pięknością, a Dan jedynie włożył ręce do kieszeni i obdarzył ją sympatycznym uśmiechem.
- Dziękuję, że zajęliście się moją małą Rosi - stojąc za zielonooką objęła ją ramionami na wysokości szyi. Rose była, a niebieskooka była od niej wyższa o kilka centymetrów nawet bez obcasów. - Mam nadzieję, że nie sprawiła wam kłopotów - mówiła jakby była jej matką, co rozśmieszyło chłopaków, a szatynkę tylko irytowało.
- Nie, nie. Była bardzo grzeczna, a już zwłaszcza, jak wczoraj spała ze mną w pokoju - wokalista zaśmiał się pod nosem przypominając sobie, jak zachowała zaraz po przebudzeniu.
- Coo? - Vi otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia. - Spałaś z Danielem Smithem i byłaś grzeczna? Co ty chcesz zostać dziewicą do końca życia?! - wpatrywała się w nią próbując być poważna, ale ani jej, ani chłopakom to nie wychodziło.
- Nie mieliście czasem iść na spotkanie z fanami? - za wszelką cenę chciała zmienić temat i odciągnąć ich uwagę, od jej przyjaciółki, która była jej zupełnym przeciwieństwem... Piękna, długonoga, pozytywna, wiecznie uśmiechnięta, kochająca koty i bycie w centrum uwagi - taka właśnie była Vi.
- Faktycznie... - zauważył brodacz.
- Może wybierzemy się później gdzieś? - brunet spojrzał pytająco na dziewczyny, których miny mówiły same za siebie.
- Nie...  - zielonooka wolała umrzeć, niż iść na jakąś imprezę.
- Pewnie! - natomiast dla niebieskookiej było to spełnienie marzeń.
- Więc poczekajcie tu chwilę, a my zaraz wrócimy z resztą - oznajmił Kyle, po czym razem z  Danem potruchtali w stronę hali. Vi odprowadziła ich wzrokiem, a zaraz po tym, jak zniknęli z jej pola widzenia wybuchła.
- Nie mówiłaś, że znasz chłopaków z Bastille! - piszczała podekscytowana skacząc, jak nastolatka, którą w sumie JESZCZE była.
- Dziwisz się? - po reakcji jej przyjaciółki oczywistym było, że nawet jeśli byłaby z nią w kontakcie, to i tak by jej o tym nie powiedziała...
- Okrutna jesteś... - robiąc minę zbitego szczeniaka chciała pokazać Rose, jak bardzo ją tym rani.
- Vi... - zaczęła spokojnie - Wiem, że impreza z nimi jest dla ciebie spełnieniem marzeń, ale... - mówiła wolno, tak jakby tłumaczyła to sześcioletniemu dziecku. - ... nie wolno Ci iść z żadnym z nich do łóżka. Zrozumiano? 
- Cooo? Dlaczego? - jęknęła - Nie możesz mieć ich wszystkim dla siebie. Zostaw mi chociaż jednego!
- Nie chce żadnego, po za tym jeden jest już żonaty... - westchnęła widząc swoją dziewiętnastoletnią przyjaciółkę zachowującą się, jak dziecko.

Po około godzinie dziewczyny zmęczone czekaniem siedziały na krawężniku. Na widok zbliżających się do nich chłopaków z Bastille niebieskooka, aż podskoczyła z radości.
- Jesteśmy - uśmiechnął się Dan. - Vi, to Woody i Will - wskazał na swoich przyjaciół.
- Miło mi poznać, jestem Vi - dziewczyna podała im rękę na powitanie i nie musiała długo czekać na odwzajemnienie gestu.
- To jak? Idziemy? - Kyle już nie mógł się doczekać. Wszyscy ruszyli w stronę najbliższego klubu, tylko Rose siedziała jeszcze na krawężniku.
- Nie idziesz? - spytał brunet czekając na zielonooką.
- Nie jestem fanką takich klimatów - dziewczyna nigdy nie lubiła zatłoczonych miejsc i hałasu, więc dyskoteka była dla niej miejscem godnym miana piekła.
- Ja też nie - wzruszył ramionami. - Ale raz na jakiś czas nam nie zaszkodzi - uśmiechnął się i podał jej rękę. Widząc, że dziewczynie się nie śpieszy do jej uchwycenia dodał - Obiecuję, że nie będzie aż tak źle.
- Trzymam Cię za słowo - westchnęła głęboko i złapała go za rękę, a on od razu ją przyciągną, może i trochę za mocno, bo wylądowała zdecydowanie za blisko... Szatynka czuła jego zapach i bijące od niego ciepło, więc szybko się odsunęła i puściła jego rękę.
- To jak? Idziemy? - odchrząknął i włożył ręce do kieszeni widząc reakcję dziewczyny.
- Jasne... - Uciekała wzrokiem i starała się na niego nie patrzeć. Oboje poszli w ślad za swoimi przyjaciółmi.

W klubie było strasznie tłoczno. Po wejściu Rose uderzyła fala najróżniejszych zapachów, ciepła i muzyki rozsadzającej bębenki w uszach. Rozglądając się po pomieszczeniu jedynym co widziała były wirujące, skąpo odziane ciała. Zdecydowanie tu nie pasowała z jej skromnym outfitem. Chłopaki z Bastille też nie byli jakoś specjalnie wystrojeni, ale to seksowni mężczyźni... i bez wyszukanego stroju kobiety padały przed nimi na kolana dosłownie i w przenośni.
- Przepraszamy was na chwilę, ale musimy iść przypudrować nosek - zażartowała Vi łapiąc Rose za ramię i zaciągając ją do łazienki.
- Co ty robisz? - spojrzała pytająco na przyjaciółka, która własnie zamykała za nimi drzwi sprawdzając, czy nikogo nie ma w pomieszczeniu.
- Chyba mi nie powiesz, że masz zamiar poderwać Dana w takiej szmacie... - niebieskooka zmierzyła ją wzrokiem i skrzywiła się na widok jej swetra. Rose już otwierała usta, aby coś powiedzieć, jednak przyjaciółka jej przerwała - O nie, nie pozwolę, aby moja przyjaciółka wyglądała jak jakaś sierotka. Przebieraj się - wskazała skinieniem głowy na kabinę obok.
- Ale w co? - zignorowała komentarze na temat jej ubioru. Zielonooka gustowała w odzieży zakrywającej jak najwięcej ciała, natomiast krótkowłosa lubiła podkreślać swoje atuty. Dlatego też nagle z torebki wyjęła czarny gorset z ćwiekami i pomachała nim zachęcająco - O nie... nigdy w życiu - na widok skąpej bluzki od razu zrobiła krok w tył.
- No weź! - jęknęła przeciągając samogłoskę "e". - Będziesz w tym wyglądała świetnie! - próbowała jakoś namówić przyjaciółkę.
- Mowy nie ma! - skrzywiła się szatynka. - Po za tym... dlaczego nosisz takie rzeczy w torebce?! - po Vi można było się spodziewać wiele, ale nie sądziła, że zawsze mówione przez nią: "Jestem przygotowana na wszystko" jest, aż tak dosłowne...
- Nie marudź... - wepchnęła zielonooką z gorsetem do kabiny - I nie wyjdziesz dopóki się nie przebierzesz - zawołała triumfalnym tonem, podpierając drzwi.
Po kilku minutach dziewczyna wyszła z kabiny z miną, jakby nosiła ten gorset za karę.
- Zadowolona? - spytała zakładając ręce na piersiach.
- Bardzo - Vi klasnęła w dłonie z zadowolenia. Sama była już przebrana w podobny, więc tylko spakowała ich rzeczy do dużej, czarnej torby i wyszły z łazienki.

- Tęskniłeś? - niebieskooka od razu zaszła od tyłu brodacza siedzącego przy barze, który na jej widok od razu się uśmiechnął. Dziewczyna dosiadła się do niego, a mężczyzna postawił jej drinka. Przyjemnie im się rozmawiało, więc zanosiło się na coś większego.
Tymczasem Rose próbując się zakryć rękoma, rozglądała się za Danem. Stał niedaleko baru, przy ścianie i od razu dostrzegł skąpo ubraną dziewczynę.
- Ani słowa... - podeszła mężczyzny, który trzymając dłoń przy ustach, próbował powstrzymać się od śmiechu.
- Zatańczysz? - odchrząknął i uśmiechnął się do zawstydzonej dziewczyny.
- Nie tańczę... - uciekła wzrokiem w bok.
- Tak samo, jak nie śpiewasz? - brunet uniósł pytająco brew, po czym zaśmiał się delikatnie. - Ze mnie tez żaden tancerz, ale szukam pretekstu, aby się do ciebie zbliżyć - powiedział pół żartem pół serio, przez co nawet skrępowana dziewczyna się zaśmiała. Podał jej rękę w tradycyjnym geście, którą ona po chwili uchwyciła i razem poszli na parkiet.
Weszli głębiej w tłum, aby oszczędzić sobie późniejszych komentarzy ich przyjaciół, ale oko Vi wychwyciło ich mimo to.
- Hej, patrz - szturchnęła Kyla i wskazała na parę, która w chwili obecnej po prostu stała naprzeciw siebie - Gruchają sobie nasze gołąbeczki - tym komentarzem zwróciła uwagę wszystkich członków zespołu na nich.
Przez pierwsze kilka sekund było trochę sztywno. Żadne z nich nie wiedziało gdzie powinno chwycić drugiego, przez co zaczęli się śmiać. Koniec końców Dan ułożył swoje dłonie na jej biodrach i przyciągnął ją do siebie. Dziewczyna biorąc głęboki oddech położyła mu niepewnie ręce na ramionach, niedaleko szyi.
- Coś nie tak? - spojrzał dziewczynie w oczy nieco zatroskany, a ona jedynie pokiwała przecząco głową unikając jego spojrzenia. Mężczyzna przyciągnął ją jeszcze bliżej siebie, tak że swoja prawą nogę miał między jej nogami. Jego prawa ręka powędrowała z biodra powędrowała na plecy. - Ruszaj biodrami - wyszeptał. Chciał ją trochę pokierować, bo może ona rzeczywiście nie umiała tańczyć. Dziewczyna wzięła jeszcze jeden głęboki oddech, aby się uspokoić. Spojrzała mężczyźnie w oczy niepewnie. Nie wiedziała na co może sobie pozwolić. Palce jednej dłoni wplotła w jego włosy, a drugą położyła na jego klatce piersiowej. W tle nagle puszczono "Thinking About you" i szatynka zaczęła się poruszać w spokojny rytm muzyki, a mężczyzna dalej już ją poprowadził.
- Od kiedy z Dana taki tancerz? - zdziwił się Kyle na widok swojego tańczącego przyjaciela. Razem z Rose idealnie się zestroili. Od czasu do czasu ona się odchylała w tył, a on przyciągał ją do siebie coraz bliżej. Oddychali równo, mięli zamknięte oczy i co jakiś czas śmiali się sami z siebie. Tańczyli jakby byli jednym, niesamowicie zmysłowo.
- Prawie, jak w  Dirty Dancing - zauważył Woody.
- To jeszcze nic - uśmiechnęła się tajemniczo Vi, a cała grupa wlepiła w nią pytające spojrzenia.
Piosenka się skończyła a Dan wraz z Rose jeszcze przez krótką chwilę stali tak "połączeni". Mężczyzna nachylił się bardziej nad dziewczyną, musnął dłonią jej policzek i instynktownie spojrzał na jej usta.
- Żaden z ciebie tancerz, tak? - szatynka odsunęła się nieco od niego, uniosła pytająco brew i zaśmiała się delikatnie.
- A ty niby nie tańczysz? - trochę zrezygnowany uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Przepraszam... - obcy mężczyzna postukał Dana w ramię - Mógłbym zatańczyć z twoją partnerką? - niebieskooki odwrócił się do nieznajomego z lekkim zdziwieniem, po czym oboje z Rose spojrzeli na siebie.
- Jasne... - odpowiedział trochę niepewnie widząc, że zielonooka raczej nie skacze z radości na myśl o tańcu z obcym facetem. Jednak, gdy wyciągnął do niej dłoń ujęła ją bez większego zastanowienia. Idąc z nim na parkiet posłała ostatnie spojrzenie brunetowi mówiące: "To chyba nie był najlepszy pomysł", na co on jedynie wzruszył ramionami z przepraszającym wyrazem twarzy.
- Od kiedy tańczysz? - zapytał nieznajomy.
- Nie tańczę - odparła nieco oschłym tonem stojąc z nim twarzą w twarz.
- Jestem instruktorem tańca. Widziałem, jak tańczysz, więc niestety, ale nie uda Ci się mnie tak łatwo spławić - uśmiechnął się do niej, aby przełamać lody. Gdy pojawił się na parkiecie cała reszta od razu z niego zeszła, zupełnie jakby był królem tego klubu. Gestem wskazał DJ'owi, aby włączył inną odpowiednią piosenkę i zaczęło się.
Mężczyzna mówił jej co ma robić po kolei i rozpływali się w rytmie muzyki. Dziewczyna dawała się prowadzić i uważnie słuchała jego rad.Wszystkie oczy były skierowane na nich, a chłopakom przy barze, aż opadły szczęki.
- Co do..? - brodacz nie mógł wyjść z podziwu podobnie, jak pozostali.
- Rose była kiedyś tancerką -oznajmiła Vi. -  Nie mówiła wam? - zaśmiała się triumfalnie pod nosem, bo odpowiedź na to pytanie była nazbyt oczywista. - Niestety rzuciła tanieć po śmierci rodziców... - dodała nieco smutniejąc.
- Że co? - Kyle zmarszczył brwi myśląc, że się przesłyszał, a do niebieskookiej od razu dodarło, że chyba powiedziała o dwa słowa za dużo.
- Ups... - zakryła usta dłonią, nie dowierzając, że własnie wygadała największy sekret jej przyjaciółki. Członkowie zespołu słysząc to nie chcieli dać za wygraną i domagali się wyjaśnień. W taki oto sposób krótkowłosa była zmuszona wyjawić im resztę historii.
Tymczasem Dan obserwował parę wirującą na parkiecie. Zaciskał pięści w kieszeniach widząc, jak dłonie obcego mężczyzny błądzą po ciele Rose. Dotykał ją tam, gdzie on, jako jej przyjaciel nie może. Irytowało go to do granic możliwości, a zazdrość, aż z niego kipiała. Aby powstrzymać się od wkroczenia na parkiet i wymierzenia ciosu w buźkę przystojnego instruktora, wyszedł szybkim krokiem z klubu.
Gdy tanieć się skończył wszyscy zebrani zaczęli im bić brawa. Tancerze podziękowali sobie i każdy poszedł w swoja stronę. Co prawda przez tym instruktor zaproponował dziewczynie udział w zawodach, ale ona puściła to mimo uszu od razu odmawiając. Zeszła z parkietu i zaczęła rozglądać się za niebieskookim brunetem, ale zamiast jego, jej wzrok napotkał inną znajoma twarz.
- Cholera... - zaklęła pod nosem widząc, jak przystojny mężczyzna po 40. się w nią wpatrywał. Tak, ten sam, który był szychą w branży muzycznej i nie umiał trzymać łap przy sobie. Dziewczyna rozejrzała się po pomieszczeniu sprawdzając, czy jej przyjaciele nic nie widzą. Na szczęście Vi i członkowie Bastille byli pochłonięci rozmową, a Dana nie było nigdzie w pobliżu. Szatynka pewnym krokiem podeszła do biznesmena, który czekał na nią przy korytarzu opierając się o ścianę.
- Witam Panią - powiedział niskim, zmysłowym głosem.
- Co Pana tu sprowadza? - wolała od razu przejść do rzeczy i najlepiej przenieść ich rozmowę w inne miejsce.
- Spacerowałem po mieście i pomyślałem, że wejdę zobaczyć, jak bawi się dzisiejsza młodzież - wzruszył ramionami.
- Nie wiem dlaczego, ale coś sprawia, iż mam wrażenie, że łże Pan w żywe oczy - dziewczyna zmarszczyła brwi. Kto wybierałby się o tej porze na spacer w GARNITURZE?
- Nie da się ukryć - westchnął i zaczął zbliżać się do dziewczyny, przez co ona instynktownie wykonała krok z tył. Czując na swoich plecach dotyk czyjejś klatki piersiowej chciała się odwrócić, lecz nim to zrobiła, mężczyzna objął ją w pasie.
- Dobry wieczór - odezwał się pogodny głos brodacza. - Widzę, że miło się Panu gawędzi z moją dziewczyną - mimo promiennego uśmiechu kociarza, dziewczyna wyczuła groźbę między wierszami, przez co aż przeszły ją ciarki.
- Kyle Simmons, jak mniemam? - stary zboczeniec wyjął ręce z kieszeni i poprawił krawat.
- Miło mi - fałszywy uśmiech malował się na twarzy najmłodszego z członków Bastille. - Mam nadzieję, że nie będzie mi miał Pan za złe, że porwę na chwilę moja ukochaną? - przyciągnął szatynkę nieco bliżej siebie.
- Skądże. Właśnie wychodziłem - pogładził swój garnitur - Tak więc żegnam i życzę miłej zabawy-  po czym skierował się w stronę wyjścia, a Kyle jedynie pomachał mu na do widzenia. Gdy tylko dojrzały mężczyzna zniknął z ich pola widzenia, Rose  wybuchnęła.
- Odbiło Ci?! - nie mogła uwierzyć w to co przed chwilą widziała.
- Myślałem raczej, że usłyszę "dziękuję"... - wsadził ręce do kieszeni z lekkim grymasem.
- Doskonale wiesz kim on był! - złość w niej wzbierała na sile.
- Tak, wiem - potwierdził.
- Więc dlaczego? - domagała się wyjaśnień.
- Teraz jesteśmy kwita - wzruszył ramionami.
- Nie do końca - syknęła. - Gdybyś się nie wtrącił, to bym go spławiła, a tak to... on może wam poważnie zaszkodzić - zmarszczyła brwi, lecz już nie ze złości. Martwiła się o to, że przez nią mogą mieć nie lada problemy.
- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale jego lewa kieszeń nie układała się, jak powinna. Zgaduję, że znajdywała się w niej chusteczka nasączona chloroformem, więc prawdopodobnie nim zdążyłabyś go spławić, obezwładnił by Cię za jej pomocą i cholera wie gdzie wywiózł i co zrobił - uświadomił dziewczynę, która osłupiała na dźwięk na jego słów. - Więc powinnaś być mi wdzięczna - dodał nieco oschłym tonem, ale widząc, jak szatynka spuszcza głowę i obejmuje się ramionami od głaszcze ją po głowie - Musisz bardziej na siebie uważać. Zwariowalibyśmy, jeśli coś by Ci się stało. - Rose otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia i rozwarła usta. Wpatrując się w czule uśmiechającego się Kyla nie dowierzała w to co mówił. Zrozumiałaby, jeśli powiedziałby to każdy inny członek Bastille, ale on?
- Przepraszam... - wyszeptała - i dziękuję.
- To ja dziękuję. Gdyby nie ty, to pewnie pozabijalibyśmy się z Danem, po za tym... nie każda ryzykowałaby życie, tylko po to, aby nie zaszkodzić naszej karierze - zaśmiał się pod nosem.
- Nie takie "tylko" - napięcie z niej zeszło, a na twarz wstąpił uśmiech. Zanosiło się na to, że ich topur wojenny został zakopany na dobre.



Uff... zdążyłam
Myślałam, że dziś znowu nie opublikuję rozdziału, a jednak!
Wszystko dzięki mojemu nieustannie goniącemu mnie do roboty Kajlusiowi <3
Tak, mam własnego Kajlusia xD
Wracając do tematu... Mam nadzieję, że rozdział
i tańczący Dan się wam spodobał (od razu przepraszam za tak kiepski opis,
ale no po prostu nie umiałam ująć myśli w słowa)
i zapraszam do komentowania ;)

sobota, 6 września 2014

Let's be optimists - Rozdział 7.

- Kyaaa! - po całym pokoju hotelowym rozległ się piskliwy, kobiecy krzyk, co obudziło mężczyznę na tyle gwałtownie, że spadł z kanapy. Klnąc pod nosem złapał się za tył głowy, który zaczął dzisiejszy dzień od bliskiego spotkania z podłogą. Dziewczyna wybiegła z sypialni w samej bieliźnie, zdezorientowana i przestraszona, lecz gdy zobaczyła leżącego na ziemi bruneta od razu schowała się za futryną drzwi. - Dan, uduszę Cię! - w tej chwili, aż kipiała z niej wściekłość, a niebieskooki na widok jej reakcji zaśmiał się cicho.
- Dzień dobry Rose. Jak się spało? - wstał z podłogi i rzucił na kanapę koc, w który bł owinięty.
- Załóż coś na siebie zboczeńcu! - krzyknęła zasłaniają oczy, gdy tylko zauważyła, iż mężczyzna stał kilka metrów od niej w samych bokserkach.
- Już nie bądź taką cnotką - zaśmiał się głośno, bo przecież komicznym było, to jak dziewczyna się zachowywała. Niemożliwe, aby nie widziała jeszcze faceta nago, a co dopiero w bieliźnie.
- Mam do tego prawo - jęknęła cała czerwona i rzuciła mężczyźnie spodnie, które on złapał pochylając się lekko do przodu.
- Tylko mi nie mów, że jesteś... - śmiejąc się specjalnie zrobił pauzę. Nie trudno było się domyślić o co mu chodziło.
- Nie twój interes! - weszła w głąb sypialni i wyciągnęła pierwsze lepsze ciuchy z walizki.
- Czyli jednak! - nieco zdziwiony, ale rozbawiony do łez wydedukował, iż Rose najprawdopodobniej jest dziewicą.
- Już mówiłam - nie twój interes - skwitowała wychodząc z pokoju. Ubrana w krótkie, popielate, dresowe spodenki i dużą szarą bluzę, wyciągała spod niej ciemnobrązowe włosy, które teraz były lekko pokręcone i w kompletnym nieładzie. Podniosła wzrok na bruneta wpatrującego się w jej outfit z lekkim uśmiechem. - No co? To moja ulubiona bluza... - mruknęła. Może i była męska, ale za to niesamowicie ciepła i wygodna.
- Tylko, że to moja bluza - Dan zaśmiał się pod nosem wciągając na siebie spodnie i widząc zdziwienie na twarzy dziewczyny. Zaczęła oglądać ją z każdej strony, aby się upewnić, czy mówi prawdę. Niestety nie kłamał...
- Wybacz... pójdę się przebrać - nieco zakłopotana skierowała się z powrotem w stronę sypialni.
- Nie musisz - zapiął rozporek czarnych spodni. - Ładnie Ci w niej - uśmiechnął się czule do dziewczyny, która właśnie oblała się rumieńcem i spuściła głowę w nadziei, że on tego nie zobaczy. - A właśnie... co robiłaś w środku nocy na autostradzie prowadzącej do Fairfax? - przypomniało mu się, że istnieją ważniejsze sprawy, niż uroczo wyglądająca dziewczyna przed nim.
- Nie wiem... nie pamiętam - zmarszczyła brwi próbując przypomnieć sobie cokolwiek z wczorajszego dnia, jednak na próżno. - Jakieś 24 godziny temu urwał mi się film...
- Więc nadal jesteś w 100% pewna, że jesteś dziewicą? - próbował być poważny, ale gdy tylko Rose pacnęła go w ramię od razu zaczął się śmiać.

Po kilku chwilach wszyscy znaleźli się w pokoju Dana. Odbywała się tutaj "narada" dotycząca dzisiejszego koncertu i kilku innych pierdół związanych z zespołem. Chłopcy rozdzieli się na kanapach, a Rose schowała się w sypialni. Korzystając w chwili spakowała się i przebrała w bardziej odpowiedni komplet, który składał się z podartych, jasnych jeansów i delikatnie kremowego swetra. Założyła gitarę na ramię i wyszła z sypialni ciągnąc za sobą czarną walizkę na kółkach.
- Dzięki za pomoc, ale muszę się zbierać - stanęła przy drzwiach wejściowych, po czym spoglądając na Dana dodała - Kasę za pokój zostawiłam Ci na stoliku nocnym w sypialni. - Chwytała już za klamkę, gdy zza pleców usłyszała:
- Już idziesz? - zmartwił się Chris.
- Myślałem, że wybierzesz się z nami na koncert - Will odwrócił głowę, tak aby móc na nią spojrzeć.
- Właśnie - dodał Dan wstając z kanapy i kierując się w jej stronę - Dlaczego nie zostaniesz? - nachylił się nad dziewczyną., lecz ta w zamian za jego troskę posłała mu tylko złowrogie spojrzenie.
- Jak chce, to niech idzie - zawołał Kyle znudzony tą całą szopką, za co Woody nagrodził go kuksańcem w bok.
- Muszę iść - powtórzyła się dziewczyna i pociągnęła za klamkę.
- Rose... - zatrzymał ją brunet chwytając za ramię. Nie chciał się z nią rozstawać... na pewno nie w ten sposób. Chciał mieć pewność, że jeszcze ją zobaczyć, najlepiej jeszcze dziś. Chciał ponownie usłyszeć z jej ust "do zobaczenia". - Proszę... przyjdź na dzisiejszy koncert. - Dziewczyna zmarszczyła brwi. O co mu chodziło? Raz mówi, że nie chce mieć z nią nic wspólnego, a teraz prosi ją o spotkanie? To nie ma sensu...


"I po jaką cholerę tu przyszłam?" - stojąc pod halą Rose wpatrywała się w bramkarza. Ciekawe, czy i tym razem będzie miała powtórkę z rozrywki. Przed budynkiem było już pusto, bo koncert zaczął się dobre pół godziny temu, dlatego ciekawym było dlaczego ktoś odpowiedzialny za nie wpuszczanie osób bez biletu, czy też o podejrzanej zawartości torebki, nadal znajdował się na swoim stanowisku. Wolnym krokiem zbliżyła się do wejścia i chciała już wyjąc bilet, gdy nagle usłyszała niski głos bramkarza.
- Czy to Pani jest "Rose"? - zapytał wysoki czarnoskóry mężczyzna, którego raczej nikt by nie chciał mieć za wroga.
- Tak... - niepewnie i nieco podejrzliwie odpowiedziała przeciągając przy tym samogłoskę "a".
- Czekałem na Panią - oznajmił, po czym otworzył jej drzwi - Zapraszam do środka.

Kulisy koncertu... Co prawda była tu tylko raz, ale mimo wszystko wydawało jej się to, aż nazbyt znajome. Tym razem chłopcy byli już na scenie, więc nie było okazji się chociażby z nimi przywitać, czy też życzyć powodzenia, ale jak się okazało - nie było im potrzebne. Grali świetnie, tak jak zawsze. W głowie Rose zaczęło się tłoczyć wiele myśli. Jak mogła tak długo bez tego wytrzymać? Jak mogła tak długo ich unikać i nie słuchać ich muzyki? Zapewne gdyby nie to, że teraz jest tu ponownie, to nie musiałaby tego robić już do końca życia.  Ale niestety... teraz, gdy ponownie poczuła to wspaniałe uczucie, jakie towarzyszyło jej przy wsłuchiwaniu się w każda nutę ich muzyki, już nie da rady ponownie wyleczyć się z uzależnienia. Wpadła w ten nałóg na dobre.
- Rose! - ucieszył się Dan, gdy tylko zobaczył dziewczynę stojącą za kulisami. Od razu do niej podbiegł i chciał przytulić, jednak ona się odsunęła. - Coś się stało? - zmarszczył brwi. Jej zachowanie z rana można było jeszcze jakoś wytłumaczyć, bo zapewne nie jedna dziewczyna wściekła by się, gdyby obudziła się prawie naga w obcym łóżku... ale teraz? O co mogło jej chodzić?
- Nie, nic, po prostu nie jestem w stanie Cię zrozumieć - oznajmiła wpatrując się w mężczyznę z lekkim podejrzeniem, co zdziwiło niebieskookiego. - Najpierw mówisz, że nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego, a potem nie dość, że prosisz mnie o spotkanie, to jeszcze chcesz przytulać... - brunet nie dowierzając rozchylił usta. O czym ona mówiła? Przecież on nigdy nawet tak nie pomyślał... Szatynka głośno westchnęła, po czym dodała - Wybacz, ale nie mam ochoty się w to bawić - i skierowała się w stronę wyjścia.
- Rose, czekaj! - zawołał za nią, ale ona już niknęła w ciemnym korytarzu.
- Więc twoja księżniczka jednak nie przyszła? Jaka szkoda... - odezwał się teatralny głos brodacza, który już niejedną osobę doprowadził do szału.
- Kyle... Co robiłeś wtedy z moim telefonem w Nowym Yorku? - zapytał ledwie słyszalnym głosem.
- Sprawdzałem godzinę, a co? - wzruszył obojętnie ramionami.
- Co jej powiedziałeś? - wściekły żądał wyjaśnień.
- I o co się tak wściekasz? - w pierwszej chwili najmłodszy z grupy nie rozumiał o co mogło chodzić wokaliście.
- Co jej wtedy powiedziałeś?! - powtórzył się, tylko tym razem jego ton było wiele głośniejszy.
- Żeby dała Ci spokój, ok? Przejrzyj na oczy! Ona Cię wykorzystuje! - ta kłótnia nie zapowiadała się ciekawie. Wściekły brunet popchnął przyjaciela, a ten uderzając o głośniki osunął się na ziemię.

- Ciekawe, czy Rose przyszła... - Chris spuścił wzrok i odłożył pałeczki.
- Nie mam pojęcia. Swoją drogą... ciekawe co się stało, że tak nagle zniknęła i zerwała z nami kontakt - Will próbował  zrozumieć tok myślenia dziewczyny, gdy zza kulis nagle usłyszeli krzyki. Oboje wystrzelili, jak z procy, aby sprawdzić co się dzieje. To co zobaczyli wprawiło ich w osłupienie...
Kyle leżał na podłodze, a Dan właśnie wymierzał z niego pięść. Prawdopodobnie uderzyłby, gdyby między nimi nie stała Rose osłaniająca brodacza.
- Spróbuj go tknąć - szatynka wlepiła swoje zielone, wypełnione wściekłością oczy w wokalistę, który chwilowo stracił nad sobą panowanie.
- Co tu się dzieje? - zdezorientowany basista próbował pojąć zaistniałą sytuację.
- Jego spytaj - warknęła zielonooka wskazując na wokalistę, po czym się odwróciła i podała rękę brodaczowi, który z niedowierzaniem wpatrywał się w swojego przyjaciela. - Wstawaj - chciała mu pomóc pomimo tego co o niej mówił, lecz on odtrącił jej rękę.
- Nie potrzebuje twojej pomocy - wstał o własnych siłach.
- Dan, co tu się dzieje? - najstarszy z zespołu mówił spokojnie wpatrując się w niebieskookiego.
- Nic... - nie odwrócił się do nich, uciekł wzrokiem gdzieś w bok.
- Panowie są własnie w trakcie rujnowania swojej przyjaźni - skwitowała, po czym cała trójka zaczęła sie przekrzykiwać.
- Oszukał mnie i jeszcze Cię okłamał!
- Zrobił to, bo się o ciebie martwił!
- Ona Cie po prostu wykorzystuje!
- Nic o niej nie wiesz!
- Tak samo, jak ty!
- Przestańcie oboje!
I tak w kółko...
- Spokój! - wrzasnął Will próbując uciszyć kółko dyskusyjne. W rezultacie otrzymał wzdychającą ciężko Rose, która szybkim krokiem skierowała się do wyjścia i dwóch biegnących za nią idiotów.

Wychodząc z hali ich kłótnia dalej trwała, a zdezorientowani, czekający na nich fani, nagle ucichli. "O Co im poszło? Co to za dziewczyna? Bastille się rozpadnie?" te pytania były na ustach wszystkich zebranych pod budynkiem.
- Nie ignoruj mnie! - krzyczał Dan za dziewczyną.
- Nie mam Ci nic do powiedzenia - odparła zimno nie zatrzymując się.
- Daj sobie wreszcie z nią spokój! - Jako ostatni wyszedł za nimi Kyle.
- Zamknij się! To wszystko przez ciebie! - rzucił przez ramie wokalista.
- Ah tak?! To nie moja wina, że ganiasz za każdą jaka Ci się nawinie! Naiwny idiota! - tym razem nie chciał dać za wygraną.
- To nie przez niego! To ty wygadujesz sekrety innych na lewo i prawo! - zatrzymała się i odwróciła w stronę idących za nią krok w krok mężczyzn.
- Co? - zatrzymał się zdziwiony.
- Jakie sekrety? - dotarł do pozostałej dwójki z wrażeniem, iż "nie jest w temacie".
- Dan Ci nic nie mówił? - spojrzała brodacza marszcząc brwi.
- Niby o czym? - brodacz zmrużył oczy próbując zrozumieć o co chodzi tym razem.
- Dlaczego miałbym mu o tym mówić? Chyba nie myślisz, że jestem taka papla... - Dan wlepił swoje niebieskie oczy w szczupłą sylwetkę dziewczyny, którą widział jeszcze dziś rano w samej bieliźnie. Szatynka już miała coś powiedzieć, gdy nagle...
- Rose! - nim zielonooka zdążyła się obejrzeć już leżała na ziemi. - Jak ja Cię dawno nie widziałam! - do szatynki przytulała się dziewczyna o krótko ściętych włosach, ubrana w skórzaną kurtkę, czarną koszulkę i krótkie jeansowe spodenki. Na nogach miała ciemne rajstopy i idealnie pasujące do reszty buty na grubym obcasie. Gdy tylko obolała Rose  zdołała unieść głowę z nad betonu od razu poznała leżącą na niej dziewczynę.
- Vi?!



Tak oto dochodzi nam nowa postać, jaką jest Vi
"Zrobiona" na życzenie i wzorowana częściowo na mojej koleżance ;)
W przyszłych rozdziałach będzie odgrywała całkiem spore role,
więc mam nadzieję, że ją polubicie :D
Dodatkowo dostaliście dzisiaj Dana w samych bokserkach...
Tyle szczęścia *^*
Mam nadzieję, że rozdział się wam podobał
i zapraszam do komentowania ;)

czwartek, 4 września 2014

Let's be optimists - Rozdział 6.

- "Stay", to ulubiona piosenka mojego ojca - mówiła o utworze, który śpiewała wtedy na ulicy w Atlancie. Uśmiechnęła się do niego niepewnie, ale na jego twarzy momentalnie pojawiła się radość. - Dzisiaj w barze śpiewałam o nim... - nie wiedziała, czy powinna mówić dalej, usiadła znowu obok niego. - A wybiegłam, ponieważ wtedy twój wyraz twarzy... byłeś za bardzo do niego podobny - spuściła wzrok.
- Pewnie jesteście ze sobą bardzo zżyci - stwierdził w głębi duszy ciesząc się, że dziewczyna wreszcie odważyła się powiedzieć o sobie cokolwiek.
- Byliśmy... - zielonooka zacisnęła dłonie w pięści - ... dopóki oboje, wraz z moją matka nie zginęli w wypadku.
- Rose... ja nie wiedziałem... - mężczyzna nie wiedział co powiedzieć. Było mu tak strasznie głupio i dopiero teraz do niego dotarło, jak bardzo dziewczyna musiała cierpieć, gdy wypytywał ją o to wszytko.
- Nie mogłeś wiedzieć... - uśmiechnęła się sama do siebie, mając nadzieję, że chłopak przestanie czuć się winny, jednakże w jej oczach widać był jedynie żal.Siedzieli tak w ciszy jeszcze przez jakiś czas. - Zginęli, gdy miałam 15 lat. Po ich pogrzebie uciekłam z domu - Skoro już i tak rozdrapywała stare rany, to już do krwi - Zapakowałam się w wielką walizkę, wzięłam gitarę brata i wyszłam... - zaśmiała się bezgłośnie pod nosem przypominając sobie siebie z "tamtych czasów".
- Dlaczego uciekłaś? - Dan rozumiał, że strata rodziców była dla niej najgorszym co mogło ją spotkać w życiu, ale to nadal nie miało sensu...
- Bo to ja ich zabiłam - powiedziała bez jakichkolwiek emocji, a blask jej oczu zastąpiła przerażająca pustka. Jej dusza umarła wraz z jej najbliższymi, ale ciało włóczyło się wciąż po świecie próbując odpokutować za grzechy, jakich się dopuściła. Mężczyzna nie mógł uwierzyć w to co usłyszał... Przecież nie mogła tego zrobić, a nawet jeśli, to nie bolało by ją teraz tak bardzo. - To przeze mnie matka się odwróciła... Gdybym tylko wtedy nie zaczęła tej kłótni, to wszystko by się w ogóle nie zdarzyło... To moja wina... - i to wystarczyło, aby Dan w jednej chwili pojął całą tą sytuację.
- To nie twoja wina. Nie możesz brać całej odpowiedzialności na siebie... - chciał pogłaskać ją po głowie, ale ona szybko ją odtrąciła.
- Nie dotykaj mnie! - krzyknęła kuląc się, obejmując rękoma nogi i chowając twarz. - Skąd niby możesz to wiedzieć? - wbijała sobie paznokcie w łydki, tak mocno, że gdyby nie materiał, to dawno przebiłaby skórę. Brunet nie mógł na nią patrzeć. Nie w takim stanie... Wziął ją szybko na kolana, mocno przytulił i choć dziewczyna się szarpała, to nie miał zamiaru jej puszczać.

Słońce zaczęło wyłaniać się zza horyzontu. Dziewczyna po dłuższym czasie potrafiła się uspokoić. Siedziała tak w objęciach mężczyzny pozwalając pierwszym promieniom padać na jej twarz. Mimo iż nie płakała, to oczy miała podpuchnięte.
- Dan... możesz mnie już puścić - mówiła jedno, myślała drugie. Tak na prawdę chciała z nim trwać w ten sposób jak najdłużej. Potrafił uciszyć krzyk jej serca, ukoić przeszywający ból rozdrapywanych ran... Był jedyną osobą, której potrzebowała - przyjaciela, który zawsze będzie przy niej.
Mężczyzna poluźnił uścisk, ale nie puścił dziewczyny. Siedząc tak w milczeniu wpatrywali się w piękny wschód słońca.
- Przepraszam... - wyszeptała przerywając ciszę.
- Za co? - zainteresował się Dan.
- Za wszystko... - po głowie krążyło jej wiele myśli i nie wiedziała od czego zacząć. - Za to, że Ci nie ufałam, że Cię zwodziłam, że nie chciałam Ci powiedzieć prawdy, że trzymałam Cie na dystans, że wyżyłam się na tobie... za to, że weszłam z butami w twoje życie. Przepraszam - mogłaby wymienić jeszcze wiele rzeczy, ale większości z nich nie potrafiła ubrać w słowa.
- Nie musisz... - on również chciał jej powiedzieć wiele rzeczy i za jeszcze więcej przeprosić, ale ona mu przerwała.
- Jesteś jedyną osobą, jaka mi pozostała. Nie chce Cie stracić... - to prawda. Dziewczyna nie miała już nikogo. Uciekła od rodziny, myśląc, że i oni obwiniają ją za śmierć jej rodziców, przyjaciół nigdy nie miała, więc Dan był już jedyną osobą, która dawała jej powód do wstawania rano z łóżka. Mężczyzna ucałował ją w czubek głowy i pogładził jej włosy, a ona w tym czasie wyjęła mu telefon z kieszeni i zaczęła wpisywać swój numer podpisując się, jako "ROSE".
- Teraz możemy być zawsze w kontakcie - pokazała mu swój numer na jego liście kontaktów i wyciągnęła swój telefon, gdzie "DAN" był jedyną pozycją. Brunet wlepił niebieskie oczy w ekran dotykowego telefonu dziewczyny, a ona tylko zaśmiała się pod nosem.


Było już prawie południe, gdy do pokoju hotelowego dziewczyna wpuściła pierwsze promienie słońca, odsłaniając zasłony w oknach.
- Dan... - rozbrzmiał jej spokojny, kojący głos - Wstawaj. Nie możesz przespać całego dnia - szturchała go delikatnie, nachylając się nad nim.
- Jeszcze 5 minut - zamruczał mężczyzna, ale dziewczyna nie dawała za wygraną, więc szybkim ruchem przyciągnął ją do siebie i przytulił. - Ewentualnie 15... - zaśmiał się pod nosem, cały czas mając zamknięte oczy.
- Nie możemy... przecież jesteśmy przyjaciółmi - oblana rumieńcem dziewczyna wtuliła się w jego tors i wyszeptała.
- Rose... - zaczął, ale zanim zdążył dokończyć rozległ się irytujący wrzask.
- Przestań gadać przez sen kudłaty zboczeńcu i wstawaj! - Kyle nie wydawał się być zadowolony widząc swojego przyjaciela tulącego się do poduszki z beztroskim uśmieszkiem na twarzy.
- O co chodzi?- zamruczał jeszcze na pół śpiący i zdezorientowany otworzył oczy, oparł się na łokciach.
- Przypomnieć Ci? Wybiegłeś za tą przybłędą z baru w środku nocy i wróciłeś rano... a przez sen w kółko wypowiadałeś jej imię! - wskaźnik wściekłości brodacza już dawno wykroczył po za skalę. Ten dzień nie zapowiadał się ciekawie...

Biegnąc ulicami miasta Rose miała rumieńce na policzkach od zimna, z jej ust ulatniała się para, ponieważ oddychała szybko. W miejscu, do którego się tak śpieszyła za kilka minut miał się odbyć koncert Bastille. Tak, jak zawsze była na ich występach przed czasem, tak teraz, akurat dzisiaj, gdy ponownie chciała zobaczyć się z Danem, jak na ironię - musiała się spóźnić. Gdy wreszcie dotarła pod hale podbiegła do bramkarza, który pamiętał ja jeszcze z wczoraj. Dziewczyna podała mu bilet, lecz on ponownie nie chciał jej wpuścić, tylko dlaczego? Zielonooka wyciągnęła telefon i szybko wybrała numer do wokalisty mając nadzieję, że jeszcze nie wyszli na scenę. Po kilku sygnałach wreszcie odebrał.
- Dan to już przestaje być zabawne. Dostałeś mój numer telefonu, ale do łóżka z tobą nie pójdę - zażartowała ciężko oddychając.
- A to wielka szkoda, bo może wreszcie by mu przeszło... - w słuchawce odezwał się najmłodszy z członków.
- Kyle?! - zdziwiła się. - Dlaczego odbierasz telefon Dana? - nie rozumiała o co tu chodzi.
- Jak zobaczył, że dzwonisz, to kazał tylko przekazać, że z kimś takim jak ty nie chce mieć nic wspólnego, więc przykro mi skarbie, ale wasza bajka kończy się tu i teraz -powiedział ze zdecydowanie zbyt sztucznym żalem w głosie, ale nie to zabolało dziewczynę... Czyżby i Dan odwrócił się od niej z powodu jej rodziców? Dlatego, że to jej wina? Czy wyjawił jej sekret pozostałym? Przez te myśli nie mogła wydusić z siebie słowa. Nawet nie musiała, bo Kyle po chwili dodał - Tak więc skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy, to możesz iść być sobie ofiarą losu gdzie indziej - zdecydowanie zbyt pogodnie, jak na pożegnanie. Rozłączył się.
Rose zamarła. W jej głowie tworzyła najczarniejsze z możliwych scenariuszy. Czyżby znowu zaufała nie tej osobie? Czy była skazana na samotność? W przypływie gniewu ścisnęła telefon w pięści i rzuciła nim, jak najmocniej o ziemię. Najwidoczniej bliskie kontakty urządzeń elektronicznych z asfaltem nie są wskazane, bo trudno powiedzieć, aby biały smartfon wyszedł z tego cało...

- Kyle,zaraz wchodzimy - zawołał wokalista.
- Już idę - brodacz odwrócony do niego plecami szybko usunął ostatnia rozmowę z listy połączeń.
- Co robisz? - Dan spojrzał mu przez ramię - Zaraz chwila... co ty robisz z moim telefonem? - zmarszczył brwi i spojrzał na przyjaciela podejrzliwie.
- Nic - odpowiedział zdecydowanie za szybko, po czym włożył urządzenie z powrotem do kieszeni właściciela.
- Mniejsza... - nie miał teraz czasu na bawienie się z brodaczem w kotka i myszkę. Miał ważniejsze sprawy na głowie - Widziałeś gdzieś Rose? - stanął na palcach i rozejrzał się, czy aby na pewno nie wchodzi właśnie na halę.
- Nie, nie widziałem - wzruszył obojętnie ramionami. - Ale może do niej zadzwonisz?




"Ile to już czasu minęło odkąd go ostatni raz widziałam?" Stawiając wolne kroki Rose szła wzdłuż autostrady prowadzącej do Chicago. Ciągnąc za sobą swój bagaż, niosąc gitarę na plecach wspominała tę noc, której to wyjawiła wokaliście grupy Bastille swój największy sekret, czego teraz żałowała. Dan okazał się być taki sam, jak reszta- niewarty zaufania. Więc dlaczego teraz miała przed oczami jego twarz? Dlaczego w głowie rozbrzmiewał jego głos? Dlaczego czuła za sobie jego dotyk, a w powietrzu jego zapach? Czyżby 64 nieprzespane godziny dawały o sobie znać?
Nie miała dokąd pójść. Wszystko już straciło dla niej sens. Los odebrał jej jedyny powód do życia. W takim razie co jej pozostało? Rzucić się pod koła pierwszego lepszego samochodu? A może wrócić do domu i stawić czoło przeszłości? Miała tak wiele pytań, a po odpowiedziach na nie, ani śladu.
Zmęczenie dawało się we znaki. Dziewczyna potykała się o własne nogi, a rzęsisty deszcz przemoczył ją już do suchej nitki. Stanęła więc na poboczu i oparła się o niemałych rozmiarów walizkę. Kończyny odmawiały posłuszeństwa, powieki same opadały, a umysł płatał figle.
- Podwieźć Panią? - czarny wan zatrzymał się na poboczu, a przez okno wychylił się Woody z promiennym uśmiechem na twarzy.
- Czy ja śnię? - szatynka resztkami sił uniosła głowę i zmrużyła oczy na widok mężczyzny.
- Nie, to nie sen - zaśmiał się lekko. - To jak? Wsiadasz? - zapytał ponownie widząc w jakim stanie jest dziewczyna.
- Nie, dzięki - nie uśmiechało się jej przebywać w jednym samochodzie wraz z zespołem. Nie była pewna, czy Dan wyjawił im jej sekret.
- Tak nagle zniknęłaś... Martwiliśmy się - nie kłamał. Gdy zielonooka przestała pojawiać się na koncertach zaczął się chaos. Dan spędzał całe dnie próbując się do niej dodzwonić, a Will wraz z Woodym obskoczyli chyba wszystkie posterunki w odwiedzanych miastach. - No weź Rose... - próbował być bardziej przekonujący przeciągając samogłoskę "e", a na dźwięk jej imienia w samochodzie zza jego pleców zaczęły padać kwestię typu "To Rose? To naprawdę ona? Daj mi z nią porozmawiać! Dlaczego tak jeszcze siedzisz? Idź do niej!" Po chwili rozsunęły się boczne drzwi vana, z których wyskoczył niebieskooki brunet wraz z najstarszym z zespołu.
- Wskakuj - zaprosił ją do środka Will, a Dan w tym czasie poszedł po jej bagaż i umieścił go "w nogach". Dziewczyna spojrzała ostatni raz na uśmiechniętego, lecz zmartwionego Chrisa i weszła do samochodu. Przytuliła się do ściany, tak aby być jak najdalej od wokalisty, który wraz z nią siedział z tyłu. Skulona położyła nogi na walizce, a powieki same jej opadły. Zasnęła.

- Wysiadka - zawołał Woody parkując czarnego vana pod hotelem, w którym mięli już złożoną rezerwację. Członkowie zespołu zaczęli zanosić swoje bagaże do pokoi i gdy wrócili sprawdzić, czy jeszcze coś zostało Rose nadal spała w samochodzie.
- I co z nią robimy? - zapytał Chris marszcząc zmartwiony brwi.
- Zajmę się nią - zadeklarował Dan i ostrożnie wziął szatynkę na ręce, natomiast Will zajął się jej walizką.
- A po co nam ona do szczęścia to nie rozumiem... Trzeba ją było zostawić na tej autostradzie, jak chciała - mruknął Kyle z niezadowoleniem, za co od razu został potraktowany złowieszczym spojrzeniem ze strony perkusisty. Wszyscy bardzo polubili Rose i jedynie brodacz widział w niej antagonistkę.

- Masz zamiar spać z nią w jednym łóżku? - zaciekawił się basista otwierając drzwi do pokoju hotelowego i kładąc w sypialni bagaż dziewczyny.
- Nie, położę ja do łóżka, a sam się prześpię na kanapie - oświadczył przechodząc ostrożnie przez futryny drzwi, tak aby dziewczyna nie obudziła się rano z siniakami.
- No dobrze... Zostawiam Ci ją - ostatni raz rzucił okiem na śpiącą szatynkę na rękach wokalisty - Dobranoc - rzucił i wyszedł zamykając za sobą drzwi. Dopiero teraz miały zacząć się schody... W końcu trzeba było ja jakoś rozebrać, przecież nie mogła spać w ubraniach.
Mężczyzna położył zielonooka na łóżku i zaczął rozwiązywać jej glany. "Jak ona może je nosić?" - pomyślał trudząc się ze ściąganiem ich. Następna w kolejce była przemoczona koszula moro przyozdobiona złotymi ćwiekami na ramionach i kieszeniach. Rzucając ją na ziemię rozpiął jej ciemne jeansy i uważał, aby wraz z nimi nie zdjąć z niej czarnych, koronkowych majtek, na widok których musiał na chwilę odwrócić wzrok. Ostatnia była czarna, luźna koszulka z nadrukowaną czaszką. Mężczyzna ułożył jedną rękę na jej plecach pod bluzką i ostrożnie uniósł, a drugą zdjął z niej górną część garderoby zostawiając zielonooką w samej koronkowej, czarnej bieliźnie.
- Sadystka... - syknął pod nosem odwracając wzrok. Był niemal w 100% pewien, iż Rose zaplanowała ich spotkanie i specjalnie odwiedziła Victoria's Secret, aby zaopatrzyć się w jeden z najseksowniejszych, ale skromnych kompletów. przykrył ją więc szybko kołdrą i usiadł na krawędzi łóżka. Nachylił się nad nią i instynktownie spojrzał na jej usta. "Nie, nie mogę..." - powtarzał w głowie. Ucałował ją w czoło i wyszedł z pokoju przymykając delikatnie drzwi.




Nacieszcie się tym rozdziałem,
bo jutro najprawdopodobniej nowego nie będzie...
Zdradziłam wam jedną z tajemnic Rose,
ale obiecuję, że to nie wszystko
i jeszcze was zaskoczę ;)
Mam nadzieję, że rozdział się podobał,
jego długość wam odpowiada
i zapraszam do komentowania ;)

środa, 3 września 2014

Let's be optimists - Rozdział 5.

"To już dziś" - pomyślała Rose leżąc w samej bieliźnie na łóżku w małym, hotelowym pokoju, wpatrując się w sufit. Po kilkudniowej przerwie, jaką chłopcy mięli między koncertem w Maryland a występem w Nowym Yorku, nareszcie nadszedł dzień, w którym dziewczyna mogła ponownie spotkać Dana. Jednak przyciskając do piersi wejściówkę za kulisy w jej głowie pojawiało się coraz więcej wątpliwości. Czy powinna iść? Chce spotkać się z przyjacielem, ale co jeśli pozostali członkowie zespołu będą niezadowoleni z jej wizyty, albo co gorsza, ją wyproszą?
Rose odwróciła głowę i spojrzała na leżący na stoliku nocnym zegarek. Tak jak myślała. Przez to całe zamieszanie z vipowską wejściówką nie przespała nocy. Usiadła, a na jej twarz padły pierwsze promienie słońca, oślepiona zmrużyła oczy i zmarszczyła brwi. Bez znaczenia, czy miała zamiar iść na ten koncert, czy nie - nie mogła już iść spać, więc wstała i przeciągnęła się. Stając przed lustrem, przeczesała palcami włosy mając nadzieję, że jej okropny wygląd jest w większości spowodowany tą straszną, poranną fryzurą. Niestety, zmęczenia malowało się na jej twarzy, a oczy były nieobecne. Uświadamiając to sobie głęboko westchnęła i wolnym krokiem poszła do łazienki wziąć prysznic.

- Przestań tak łazić w kółko! - Dan nie mógł wysiedzieć w miejscu, co najwidoczniej irytowało brodacza. Chodził po całym pokoju nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca.
- Kyle ma racje. Delikatna trema przed występem jest, jak najbardziej na miejscu, ale bez przesady... - stwierdził Woody, który jako jedyny był już gotowy do występu.
- Zejdźcie z niego... - Will stanął w obronie przyjaciela - Kopciuszek odwiedzi nas dzisiaj za kulisami, więc to oczywiste, że się denerwuje - zaśmiał się pod nosem, a Dan jeszcze raz powędrował przed lustro, by sprawdzić, czy jego fryzura jest w odpowiednim nieładzie.
- No pięknie... Jeszcze jej mi do szczęścia brakowało - mruknął z niezadowoleniem najmłodszy z grupy.
- Kopciuszek? To ta dziewczyna z gitarą, która zawróciła mu w głowie? - zaciekawiony Chris uśmiechnął się na widok zestresowanego Dana. Ile to już czasu minęło odkąd widział do w takim stanie...
- Tak, Dan prosił mnie o pomoc w załatwieniu dla niej vipowskiej wejściówki obejmującej wszystkie nasze koncerty do końca roku - wyjaśnił, a naburmuszony Kyle już miał coś powiedzieć, jednak wolał ugryźć się w język, niż znowu wdawać się w kłótnie z przyjacielem z zespołu.

Tłumy ludzi z umalowanymi twarzami stały przed halą, w której miał się odbyć koncert Bastille. Nie dało się nie zauważyć, iż wszystkie zebrane tu dziewczęta musiały spędzić co najmniej 4 godziny na wybieraniu dla siebie stroju, przebierając się kilkakrotnie. Każdy szczegół ich kreacji na dziś wieczór był idealnie dopracowany, od butów, przez drogie spodnie, skąpe koszulki i na kwiecistych opaskach, kapeluszach, czy okularach kończąc. Obok nich Rose wyglądała co najmniej ubogo. Ubrana w ciemne, poprzecierane jeansy, biały sweterek i czarną, skórzaną kurtkę nijak prezentowała się w porównaniu do wystrojonych fanek. Czuła jakby znalazła się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwym czasie, co nie powstrzymało jej od wyminięcia kolejki i skierowania się do bramkarza. Bez słowa podała mu wejściówkę, którą dostała od Dana, a za nią rozległy się okrzyki dezaprobaty. Czekała jeszcze chwilę, aż mężczyzna wreszcie ją przepuści, ale tak się nie stało. Ku jej zdziwieniu oddano jej bilet i odprawiono. Dziewczyna westchnęła głęboko z myślą, że mogła się tego spodziewać. Przecież nie bez powodu Dan trudziłby się z podłożeniem jej banknotu, tak aby nic nie zauważyła. Wyciągnęła do z dna kieszeni skórzanej kurtki i wybrała numer, który był na nim zapisany modląc się w myślach, aby właścicielem tego był nie kto inny, jak Dan. Wolała nie usłyszeć w słuchawce głosu obcej osoby.
Pierwszy sygnał - "Obyś to był ty..."
Drugi - "Błagam odbierz..."
Trzeci - "A jeśli to nie jego numer..?"
Czwarty - Rose? -  "Dzięki bogu..." - pomyślała i odetchnęła z wielką ulgą, aż kolana się pod nią ugięły.
- Dan? - wolała się upewnić zanim palnie jakąś głupotę. - Wiesz pojawił się mały problem... - spojrzała kątem oka na bramkarza, który wpatrywał się w nią tak intensywnie, aż przeszły ją ciarki. - Chyba nie dam rady dzisiaj przyjść na koncert.
- Co? Dlaczego? Gdzie jesteś?
- Przed halą... - nieświadomie rozejrzała się dookoła. - Bramkarz nie chce mnie wpuścić - wzruszyła bezradnie ramionami, bo wiedziała, że Dan tylko udaje zaskoczonego.
- Poczekaj, zaraz przyjdę - na dźwięk tych słów dziewczyna otworzyła szeroko oczy ze zdziwienia, a jeszcze zanim zdążyła się rozłączyć Dan stał już w wejściu i rozglądał się za nią, co wprawiło ją w nie lada osłupienie. Po chwili mężczyzna zauważył zielonooką i podbiegł do niej z uśmiechem na ustach.
- To jak? Wchodzimy? - za nim rozbrzmiewały piski i okrzyki napalonych fanek, które wlepiły w nią złowieszcze spojrzenia, gdy tylko Dan uchwycił jej dłoń i wprowadził ją na występ. "Jestem pewna, że jeszcze dzisiaj zginę..." - pomyślała mijając dziewczęta, które od tej chwili nie widziały w niej nic więcej, jak tylko przeszkodę do serca ich idola. Dopiero wtedy szatynka zrozumiała, jak bardzo popularny wśród dziewczyn jest brunet ściskający w tej chwili jej dłoń.

Wokół było ciemno. Dan niemal ciągnął ją przez jakiś wąski korytarz, a ona tylko starała się nie potykać o własne nogi. Gdy po chwili spłynęły na nią światła,  zmrużyła oczy  i ręką starała się przysłonić oślepiający ją blask. Mężczyzna puścił jej rękę i dołączył do reszty grupy, której członkowie w większości, już na nią czekali. Jedynie Kyle opierał się o głośniki gdzieś za nimi. Trzeba było im przyznać, że razem prezentowali się całkiem nieźle i zapewne nie jedna dziewczyna oddałaby wszystko, aby znaleźć się teraz na jej miejscu. Gdy tylko zielone oczy Rose przyzwyczaiły się do światła mogła podziwiać Bastille w całej okazałości.
- Więc to ty jesteś Kopciuszek? - jako pierwszy do nawiązywania znajomości wyrwał się Woody. Jednak na to pytanie Rose potrafiła tylko odpowiedzieć zdziwionym spojrzeniem skierowanym w stronę Dana, na co on zareagował śmiechem.
- Chłopaki, to jest Rose - brunet podszedł do niej i obejmując ją ramieniem, przedstawił kolegom z zespołu.
- Miło mi... - zająknęła się nieco zestresowana faktem, iż każdy się w nią wpatruje intensywniej, niż by sobie tego życzyła.
- Nam również - Will obdarzył ją uśmiecham - Dan dużo nam o tobie opowiadał - zażartował mając nadzieję, że doda jej tym trochę pewności siebie.
- Oh czyżby? - spojrzała na niebieskookiego zabawnie unosząc brew. Nie miała zamiaru dać przytłoczyć się  czterem mężczyznom, co to, to nie.
- Może coś tam pomknąłem... - przyznał się uciekając wzrokiem, po czym spoglądając na dziewczynę oboje zaśmiali się pod nosem.
- Za 5 minut wchodzicie - odezwał się głos organizatora koncertu, po którym chłopcy zaczęli ustawiać się na swoje i jedynie Dan zwrócił się po butelkę wody.
- Obserwuj mnie uważnie - zabrzmiało to w taki sposób, jakby chciał zaraz dodać "... bo tej nocy sprawię, że się we mnie zakochasz", ale zamiast tego posłał jej ostatni uśmiech i pobiegł na scenę.

Ten koncert był inny od wszystkich. Niby utwory te same, ale tym razem coś się zmieniło. Tak, jak przedtem dziewczyna wolała śpiewać i skakać, zamiast oglądać wygłupiających się chłopaków na scenie, tak teraz nie mogła oderwać od nich wzroku. Z tej perspektywy wszystko wydawało się wyglądać zupełnie inaczej.
Dan co jakiś czas zerkał na stojącą za kulisami Rose, posyłając jej uśmiechy. Po koncercie on jako pierwszy zbiegł ze sceny z pytaniem na ustach:
- I jak było? - nie wiedział gdzie podziać ręce. Chciał ją przytulić, ale nie był pewien, czy nie zostanie odepchnięty, więc schował dłonie do kieszeni.
- Za dużo skaczesz, do tego fałszujesz - wytknęła na niego język wiedząc, że go tym nie urazi, a raczej rozbawi.
- Ranisz... - próbował zrobić minę smutnego szczeniaka, ale kąciki ust mu drżały. Światła zgasły, sala opustoszała, a chłopacy przygotowywali się do spotkania z fanami.
- Chyba na mnie już pora... - stwierdziła trochę nieśmiele dziewczyna, wykonując dwa kroki w tył.
- Szerokiej drogi - mruknął po nosem Kyle, za co od razu dostał kuksańca w bok od Willa.
- Już idziesz? - zasmucił się Woody. Miał nadzieję poznać słynnego "Kopciuszka" trochę lepiej.
- Może zostaniesz na spotkaniu? Później poszlibyśmy do jakiejś knajpy - zaproponował najstarszy, a Dan i Chris uradowani wznieśli kciuki w górę, jakby chcieli powiedzieć "świetny pomysł!".
- Nie, ja nie powinnam... - z chęcią by z nimi poszła, ale nie chciała się za bardzo spoufalać, po za tym widziała, że Kyle nie byłby zadowolony z jej towarzystwa.
- No weź... - jęknął Woody przeciągając samogłoskę "e".
- Chyba się nie boisz zostać sam na sam z czterema facetami, co? - Dan założył ręce na piersi i uniósł prowokująco brew. Doskonale wiedział, że zadziała to na Rose, jak płachta na byka.
- Zgoda - spojrzała wyzywająco na bruneta, który widząc, że zielonooka przyjęła wyzwanie ucieszył się jak dziecko.

Kto by pomyślał, że w tak chłodną noc znajdzie się spora grupa ludzi, która z niecierpliwością wyczekiwała członków Bastille. Zmarznięci i zmęczeni nagle ożyli, gdy tylko w drzwiach pojawili sie czterej mężczyźni. Dziewczyna wyszła zaraz za nimi i poczuła na swoim ciele spojrzenia wszystkich fanek. Chyba nie były zadowolone z jej obecności, a już zwłaszcza, gdy Dan przystanął na chwilę, aby z nią porozmawiać.
- Widzę, że naprawdę Ci zależy na tym, abym nie wróciła dzisiaj żywa do domu - zauważyła zbliżając się do niego wolnym krokiem, na co on tylko zmarszczył brwi nie rozumiejąc o co mogłoby jej chodzić. Szatynka w odpowiedzi skinęła głową w stronę piszczących dziewczyn, po czym dodała - Rozszarpią mnie na strzępy... - Oczywiście Dana to rozbawiło, jednakże Rose nie było do śmiechu. - Podstępna bestia z ciebie - jęknęła i wytknęła na niego język.
- Nie mam pojęcia o czym mówisz - chciał udać poważnego, ale mu to nie wychodziło...
- Doprawdy? A kto dał mi lipną wejściówkę i podłożył banknot? - mimo iż była na niego zła, to jednak cały ten trud, jaki włożył w zaangażowanie tego mogła określić, jako "słodki".
- Nie dałem Ci fałszywej wejściówki... - zapewnił ją Dan, na co ona się lekko zdziwiła i uniosła pytająco brew - ... tylko przekupiłem bramkarza - dodał po chwili.
- Ty... nienawidzę Cię! - jęknęła oskarżycielsko i uderzyła do w ramię, niestety zbyt delikatnie.
- Ale się opłaciło... - zaśmiał się mężczyzna - ... bo nareszcie mam twój numer telefonu. - Pomachał jej komórką niemalże przed nosem, dumny z siebie. Dziewczyna widząc to westchnęła głęboko i zbliżyła się do Smitha. Stając na palcach była coraz bliżej jego ust, a gdy mężczyzna nachylał się do pocałunku i dzieliły już ich tylko minimetry...
- Dzwoniłam z zastrzeżonego - Rose odsunęła się od bruneta zadowolona z siebie i skocznym krokiem poszła w kierunku pozostałych. Jak mogła?! Narobiła mu takiej nadziei... Ale jego to chyba za bardzo nie zraziło, bo odprowadzając ja wzrokiem zaśmiał się pod nosem.

- To gdzie idziemy? - zapytał Woody spoglądając na kierownika dzisiejszej imprezy, czyli Willa.
- Do domu... - marudził Kyle, którego towarzystwo Rose najzwyczajniej w świecie nie odpowiadało. Był do niej z góry uprzedzony.
- Może do tego małego baru, który odwiedzaliśmy kiedyś..? - brunet wymienił z najstarszym w grupie porozumiewawcze spojrzenia.
- To może być całkiem niezły pomysł - stwierdził Will prowadząc wszystkich do miejsca, w którym dotychczas bywali tylko on i Dan. Dziewczyna idąc pomiędzy nimi spoglądała, to raz na jednego, to raz na drugiego nie wiedząc czego może się po nich spodziewać. Miała nadzieję nie odwiedzać tej nocy żadnego klubu gogo...

Wnętrze lokalu było dość skromne. Ciemnoczerwone ściany, kilka stołów, niewielkie podwyższenie w roli sceny, bar, za którym stał barman wyglądający na nie więcej, niż 26 lat. W tle cicho grała muzyka, a przyciemnione światła dodawały temu wszystkiemu jeszcze lepszy nastrój. Dziewczyna od razu zakochała się w tum miejscu.
- To co dzisiaj gramy? - spytał barman z uśmiechem na ustach, gdy tylko zobaczył członków zespołu w drzwiach. Widać, że byli tu już nie raz, czy dwa.
- Jesteśmy dopiero co po koncercie... - wyjaśnił Will rozsiadając się z całą resztą przy barze. - Ale może nasza koleżanka się skusi? - wskazał na dziewczynę, która była kilka kroków za nimi i dopiero siadała na końcu, obok Dana. Zakładając włosy za ucho zauważyła, że spojrzenia wszystkich są skierowane na nią, więc zdezorientowana rozejrzała się po lokalu, czy aby na pewno o nią chodzi.
- A ślicznotce co podać? - barman oparł się przed nią o bar z uwodzicielskim uśmiechem, co spowodowało, że dziewczyna oblała się rumieńcem. Chłopak był zabójczo przystojny i pewnie, gdyby nie fakt, iż krępowała ją obecność chłopaków z Bastille, to z chęcią by z nim poflirtowała.
- A wodę poproszę - wtrącił się niebieskooki z głupawym uśmieszkiem na twarzy widząc, jak Rose ulega urokowi chłopaka w kraciastej koszuli.
- Podobno śpiewasz... - zaczął barman podając dziewczynie szklankę. - Może pokażesz nam co potrafisz? - spojrzał na dziewczynę uśmiechając się słodko. To było zagranie poniżej pasa... Jak mógł tak perfidnie wykorzystywać fakt, iż się jej spodobał?
- Ja nie śpiewam... - wydukała z rumieńcem na policzkach uciekając wzrokiem.
- Kłamca - Dan zmarszczył brwi wbijając w nią swoje niebieskie, przymrużone oczy.
- Bez gitary nic nie zdziałam... - odsunęła się nieco, bo brunet był zdecydowanie za blisko.
- Mamy kilka na zapleczu, więc jeśli tylko zechcesz zaraz Ci którąś przyniosę - barman wskazał na drzwi zasłonięte kurtyną i zarzucił sobie ręcznik na ramię. Nie minęło pięć minut, a dziewczyna była już na scenie z gitarą w ręku. Siedziała ukradkiem na stołku, w głowie powtarzając  - "Dan, uduszę Cię...", jednak, gdy tylko spojrzała na mężczyznę siedzącego przy barze, który denerwował się jeszcze bardziej, niż ona trzymając kciuki - westchnęła głęboko i przysunęła mikrofon.
- Witam wszystkich - zwróciła się do kilku osób, które były jeszcze o tej porze w lokalu - Chciałam z góry przeprosić za jazgoty, które zaraz państwo usłyszą... - to był jej pierwszy raz kiedy występowała przed publicznością, więc nie dość, że cała drżała, to jeszcze nie wiedziała co powiedzieć. - Radzę zatkać uszy - dodała, a dźwięki z gitary zaczęły powoli składać się w spójną melodię. Otworzyła usta i... słowa piosenki "If I Ain't Got You" same wydobywały się z jej ust:


Some people live for the fortune 
Some people live just for the fame 
Some people live for the power, yeah 
Some people live just to play the game 
Some people think that the physical things 
Define what's within 
And I've been there before 
But that life's a bore 
So full of the superficial 

Some people want it all 
But I don't want nothing at all 
If it ain't you baby 
If I ain't got you baby 
Some people want diamond rings 
Some just want everything 
But everything means nothing 
If I ain't got you, Yeah

Dziewczyna mając zamknięte oczy marszczyła brwi. Wczuwała się w słowa piosenki, bo w pewnym sensie piosenka opowiadała o niej. W pewnym sensie. Niestety nie do końca, ponieważ to czego do szczęścia potrzebowała, to nie był kochanek. To była osoba, którą straciła dawno temu...

Some people want it all 
But I don't want nothing at all 
If it ain't you baby 
If I ain't got you baby 
Some people want diamond rings 
Some just want everything 
But everything means nothing 
If I ain't got you, you, you 
Some people want it all 
But I don't want nothing at all 
If it ain't you baby 
If I ain't got you baby 
Some people want diamond rings 
Some just want everything 
But everything means nothing 
If I ain't got you, yeah 

Zapadła cisza. Szatynka bała się otworzyć oczy, ale przecież musiała jakoś zejść ze sceny... Rozchyliła je delikatnie, spojrzała na ziemię, wzięła głęboki oddech, po czym podniosła głowę. Ludzie zaczęli klaskać. Dziewczyna rozejrzała się po sali, a jej wzrok zatrzymał się na niebieskookim brunecie, którego wyraz twarzy mówił sam za siebie. Był szczęśliwy, ale też dumny, że dała radę. Widząc to Rose spuściła z niego wzrok i przygryzła dolną wargę, odłożyła gitarę i ku zdziwieniu wszystkim zebranym wyszła z lokalu. To było dla niej za wiele... za dużo wspomnień...
- Rose! - zawołał wokalista i wybiegł z lokalu zaraz za nią.

Przemierzając ciemne, świecące pustkami ulice Nowego Yorku Dan szukał zielonookiej. Nie przestając biec ciężko oddychał, a z jego ust ulatniała się para. Na zewnątrz temperatura była poniżej zera. Brunet zatrzymał się i rozejrzał dookoła. "Przecież nie mogła daleko uciec" - pomyślał, a jak się okazało - wcale nie musiała. Metaliczny dźwięk rozlegał się po okolicy, co sprawiło, że mężczyzna momentalnie się odwrócił i starał ustalić skąd dochodzi. Dopiero po chwili zauważył, jak Rose wskakuje na dach jednego z budynków. Nie zastanawiając się ani chwili Dan od razu ruszył w pogoń za nią. Nie był najlepszy we wspinaczkach i innych tego typu rzeczach, więc dotarcie tak zajęło mu trochę czasu. Na dachu siedziała już skulona dziewczyna, która w ciszy podziwiała nocną panoramę Nowego Yorku. W oddali paliło się mnóstwo kolorowych świateł i słychać było poruszające się po drogach samochody, których odgłosy silników tak bardzo się różniły, ale jednak zlewały się w spójna całość.
- Nie pytaj... - wyprzedziła mężczyznę, który wolnym krokiem zbliżał się ku niej. - I tak wiesz, że nie odpowiem. - To prawda. Nieważne ile razy Dan starał się dopytywać o przeszłość Rose, zawsze kończyło się to tak tak samo...
- Nie będę - usiadł obok niej. - Poczekam, aż sama mi o wszystkim opowiesz - skwitował i również wpatrywał się w widok znajdujący się przed nimi.
- Dlaczego taki jesteś? - przygryzła dolną wargę.
- Jaki? - mężczyzna starał się zrozumieć o co może jej chodzić, jednak bez skutku.
- Taki wyrozumiały... - wytłumaczyła. - Pozwalasz się zwodzić, cały czas starasz się mi pomóc, troszczysz się o mnie, wszystko wybaczasz... Dlaczego? - starała się panować nad emocjami, ale mimo to głos jej zadrżał.
- Nie wiem - odpowiedział wzdrygając ramionami, za co dziewczyna odwdzięczyła się posyłając mu spojrzenie pełne wściekłości, ale też zdziwienia. - Po prostu jesteś mi bliska... Pierwszy raz spotkałem kogoś takiego jak ty... osobę, z którą chce spędzać, jak najwięcej czasu, przy której czuję, że mogę być sobą, która sprawia, że pierwszy raz od dłuższego czasu znów potrafię cieszyć się życiem - spojrzał na nią z cierpieniem wymalowanym na twarzy. Marszczył brwi i wpatrywał się w dziewczynę, tak jakby chciał przejąc ciężar wszystkich jej grzechów na swoje barki - Rose... ja nie chce Cię stracić. - Wściekłość zniknęła, a jedyne co pozostało to zdziwienie, które po chwili przerodziło się w sztylet przebijający serce dziewczyny. Nie mogła na niego patrzeć... to za bardzo bolało. Przybliżyła się do niego i uwiesiła na szyi. Gest został niemal natychmiastowo odwzajemniony. Dan objął ją i mocno przytulił do siebie, chowając twarz w jej obojczyku.
- To ulubiona piosenka mojego ojca... - wyszeptała, a mężczyzna na chwilę się odsunął i wlepił w nią zdziwione, niebieskie oczy.




No i wreszcie przysiedziałam trochę dłużej i zebrałam się na napisanie porządnego rozdziału.
Odpowiada wam taka długość, czy jednak wolicie krótsze?
Jeśli taka długość wam odpowiada,
to rozdziały będą dodawane w większym odstępie czasowym,
bo nie wyrobię z pisaniem, nauką i innymi obowiązkami...
Jak na razie, mam nadzieję, że wam się podobał rozdział
i zapraszam do komentowania :)

wtorek, 2 września 2014

Let's be optimists - Rozdział 4.

Po niesamowitym koncercie w Maryland, chłopcy mięli kilka dni wolnego, więc mogli sobie dzisiaj pozwolić na odpoczynek co najmniej do południa. Kazdy z nich spał, jak zabity. Każdy oprócz Dana, któremu ból mięśni nadal dawał się we znaki i nie pozwalał mu zrelaksować, aby odpłynąć do pięnej krainy fantazji, gdzie ponownie mógłby spotkać się z Rose. Z tą różnicą, że tym razem nikt by im nie przeszkadzał, ani fani, ani Kyle i jego genialne wyczucie czasu. Tylko on i śliczna, tajemnicza szatynka. Te myśli nie pozwalały mu usiedzieć na miejscu. Musiał wydosyać się jakoś z pokoju hotelowego, bo już wariował. Jednak z chwilą, gdy jego stopy dotknęły ziemi, wokalista przygryzł mocno dolną wargę, aby nie wydać z siebie przeraźliwego krzyku. Prościej - bolało, jak cholera. Gdy po dłuższej chwili zdołał przyzwyczaić się do bólu, wstał i pokuśtykał do łazienki wziąć gorący przysznic, który choć trochę udobrucha buntujące się mięśnie.
Owinięty na biodrach ręcznikiem zaczął chodzić po hotelowym pokoju w poszukiwaniu jakiś stosownych ubrań. Jako iż było wyjątkowo zimno, więc wybrał czarną bluzę, rozpinaną, szarą bluzę, jeansową kurtkę, czarne spodnie i białe conversy za kostkę. Na nos założył jeszcze tylko swoje okulary i był gotów na podbój Maryland.
Krocząc ulicami miasta co po chwila był zatrzymywany przez przypadkowych przechodniów, którzy prosili go to o zdjęcia, to o autografy. Znalazło się nawet kilka dziewczyn, które podeszły do niego z pytaniem, czy je pocałuje... Nie za każdym razem odmawiał, ale żadna z tych piszczących dziewczyn nie była tą którą chciał spotkać. Niestety, tak jak dzisiaj, tak i wczoraj na ulicach miasta nie było śladu po Rose. Żadnych dźwięków gitary, czy też kobiecego wokalu.
Błądził tak po mieście godzinami, a niebo zaszło chmurami. Zaczęło padać, więc Dan wbiegł pod pierwsze lepsze zadaszenie, jakim okazał się być przystanek autobusowy. Usiadł na ławce ciężko wzdychając. Nie zanosiło się na to, aby pogoda szybko się zmieniła. Kątem oka zauważył opierającą się o boczną ściankę, kulącą dziewczynę ubraną w czarne spodnie, biały sweterek z długim rękawem i zielony płaszczyk. Włosy wiała spięte w koka, a na uszach słuchawki, więc gdyby nie fakt, iż do tego całego kompletu nie pasowały stare glany, Dan by jej nie rozpoznał.
- Jeszcze się nie nauczyłaś, że te buty tylko odbierają Ci uroku? - na jej widok mężczyźnie od razu poprawił się humor, a uśmiech nie chciał zejść z twarzy.
-  Darzę je ogromnym sentymentem... - dziewczyna uchyliła lekko jedno oko i wytknęła ja niego język - ... po za tym gdyby nie one to przyciągałabym jeszcze więcej zboczeńców - warknęła rozpamiętując wczorajszą podróż.
- Zamieniam się w słuch - brunet od razu wiedział, że wiąże się w tym jakaś historia, więc ciekawość do zżerała.
- Tak więc opowiem Ci bajkę, jak to książę na białym koniu ratuje damę w opałach i wróżąc jej wielką karierę w branży muzycznej, nie trzymając łapsk przy sobie - zsunęła słuchawki z uszu i zawiesiła je na szyi. Uśmiech znikł z twarzy Dana na dźwięk ostatnich słów, a dziewczyna nie szczędząc słów, wyjaśniła mu dokładnie  z najdrobniejszymi szczegółami, co się dokładnie wydarzyło wczorajszego poranka.
Mimo iż Smith najchętniej by obdarł starego zboczeńca żywcem ze skóry, to śmiał się widząc, jak Rose gestykulując próbowała jakoś wyładować wzrastającą w niej wściekłość.
- Nie śmiej się tak! - dziewczyna próbowała zachować powagę, ale wszystko szlag trafił, gdy tylko Dan na nią spojrzał i oboje zaczęli rechotać.
- Wybacz... - mężczyzna zdołał się opanować, ale uśmiech nie schodził mu z twarzy. - Jednak mimo wszystko Ci zazdroszczę - spuścił wzrok nieco zamyślony. Rose za to wlepiła w niego zielone oczy i uniosła pytająco brew nie wiedząc co może mieć na myśli... Czyżby też chciał być molestowany przez facetów po 40.? - Wiesz... podróżujesz, grywasz na ulicach, poznajesz nowych ludzi i to nie przez to, że ktoś Cię zaczepi prosząc o autograf, czy też zdjęcie - mówiąc to bawił się bransoletką na lewej ręce. - Chociaż sława ma też swoje dobre strony - uśmiechnął się lekko sam do siebie wspominając śliczną blondynkę, którą dzisiaj całował. Rose skrzywiła się, bo już wiedziała co chodzi wokaliście po głowie, jednak widząc jego minę wiedziała też, że oddałby niemal wszystko za jeden dzień "normalności". Wstała więc z ławki, założyła na ramię gitarę, stanęła przed nim i wyciągnęła rękę do niego rękę - Chodź. Pokażę Ci "mój świat".

Uciekając przed deszczem znaleźli się na schodach prowadzących do metra. Zdyszani oparli się o ścianę i zaczęli śmiać z samych siebie. Rose rozłożyła się, na jednym z w wielu schodków, a Dan dwa stopnie wyżej, przekładając swoje nogi nad jej. Byli przemoczeni do suchej nitki, jednakże im to nie przeszkadzało. Ciężko oddychając, uśmiechy nie schodziły im z twarzy. Gdyby tylko ta chwila mogła trwać wiecznie, byłoby idealnie.
- Potrafisz jeszcze zaśpiewać jakieś piosenki, po za swoimi? - zapytała chcąc się z nim podroczyć i wyjęła gitarę z pokrowca.
- Jeszcze pytasz... - podwinął rękawy chcąc wyglądać na bardziej pewnego siebie i przygotowanego, ale wyglądało to przekomicznie. Dziewczyna szarpała za struny, mężczyzna wybijał rytm na udach. Utworzy wybierali na zmianę. Czasami śpiewali razem, a czasami jeden z nich śpiewał chórki.  Pracowali, jak dobra naoliwiona maszyna, której nikt nie mógł zatrzymać. Co chwila przechodni wrzucali do pokrowca drobniaki, a nawet banknoty. Zdarzały się przypadki, gdzie ludzie podchodzili do nich i pytali w jakiej grają kapeli, albo dlaczego jeszcze takowej nie założyli. Nikt nie rozpoznał Dana, bo kto by wpadł na pomysł, że w tak paskudną pogodę Daniel Smith będzie się włóczył po metrach i grał z jakąś przybłędą na schodach?
- Nigdy bym nie przypuszczał, że granie na przysłowiowej "ulicy" może być, aż takie... przyjemne - stwierdził, gdy metro już opustoszało. Ściągnął kaptur i przeczesał palcami rozczochrane włosy. - I nigdy bym nie podejrzewał, że potrafisz być taka... wyluzowana - zaśmiał się pod nosem.
- Czy ty próbujesz mi powiedzieć, że jestem sztywna? - uniosła pytająco brew z niedowierzaniem.
- Nie, skądże... - zaczął poważnie, ale gdy tylko spojrzał na Rose nie mógł powstrzymać śmiechu - No może trochę... - przyznał niewinnie, po czym od razu się zakrył rękoma, bo Rose wstała z miejsca. Nie zdziwił by się, jakby dostał za ten tekst w twarz.
- Zacznij wybijać rytm do "Patry in the USA" - rzuciła przez ramię i zeszła
 ze schodów. Dan zdezorientowany zrobił co kazała, ale nie do końca wiedział w jakim celu... Po chwili wszystkie jego wątpliwości zostały rozwiane. Rose śpiewała i wykonywała niemal tak seksowne ruchy, jak Miley w teledysku.

I hopped off plane at L.A.X 
with a dream and my cardigan
Welcome to the land of fame excess. 
Am I gonna fit in?
Jumped in the cab, 
here I am for the first time
Look to my right and 
I see the "Hollywood" sign
This is all so crazy, 
everybody seems so famous
My tummin' turin' and I'm feelin' kinda homesick 
Too much pressure 
and I'm nervous
That's when the taxi man turned on the radio

Dziewczyna nie mogła powstrzymać się od śmiechu i niemal zginała się w pół. Ile to już czasu minęło odkąd wygłupiała się tak na czyiś oczach.
- Nie przestawaj! - zawołał Dan, który wpatrywał się w Rose uśmiechając się, jak dziecko.

And the Jay-Z song was on
And the Jay-Z song was on
And the Jay-Z song was on!
So I put my hands up, 
they're playin' my song
The butterflies fly away, 
I'm noddin' my head like "Yeah"
Movin' my hips like "Yeah"
Got my hands up, 
they're playin' my song
They know I'm gonna be okay
Yeah! It's a party in the U.S.A
Yeah! It's a party in the U.S.A!

Koniec. Dłużej już nie mogła, ani ona, ani Daniel. Brzuchy aż bolały ich od śmiechu, a w tle nagle rozbrzmiał dźwięk telefonu. Można to było porównać do znaku od niebios, który mówił "Koniec zabawy. Czas wrócić do szarej rzeczywistości". Uśmiech na twarzy mężczyzny zbladł na samą myśl, że musi już wracać do "swojego świata".
- Rose, ja już chyba muszę... - zaczął niepewnie i niechętnie, bo nie uśmiechało mu się jej zostawiać.
- Poczekaj - zawołała i podbiegła do pokrowca pełnego pieniędzy. - Zanim pójdziesz musimy się rozliczyć - zliczyła szybko drobniaki i podniosła wzrok, aby spojrzeć na mężczyznę, którego wyraz twarzy był dla niej niezrozumiały.
- Nie musisz... - wydukał wreszcie. Zachowanie szatynki zdziwiło go chyba trochę za bardzo.
- Oczywiście, że muszę - skwitowała marszcząc brwi. - Śpiewałeś razem ze mną, więc połowa z tego Ci się należy - dodała odliczając sumę, jaką jest mu winna.
- Zatrzymaj je dla siebie... - nie za bardzo wiedział co powiedzieć. Wyciągnął z kieszeni bluzy wygnieciony banknot stu dolarowy - I weź jeszcze to. - Dziewczyna spoglądała to raz na mężczyznę, to raz na wartościowy papier.
- Chyba żartujesz... - zaczęła w miarę spokojnie, po czym dodała podniesionym tonem - Nie przyjmę od Ciebie pieniędzy. - Nienawidziła być tak traktowana, a zabolało ją to tym bardziej, ponieważ teraz i Dan chciał "okazać jej łaskę".
- Dlaczego? - nie rozumiał. Zielonooka wydawała się być osobą, która potrzebuje pieniędzy bardziej, niż on, więc nie do pojęcia było dla niego, to iż chciała się nimi z nim dzielić, czy też nie przyjąć "prezentu".
- Bo nie! - tym razem krzyknęła i odwróciła się od niego, po czym przygryzła dolna wargę. Nie chciała go tracić, ale jeśli będzie ją tak traktował, to nie pozostawi jej wyjścia. Tak, jak zgadzali się w wielu aspektach, tak tym razem nie mogli dość do porozumienia.
- Więc poczekaj tu chwilę - Dana olśniło. Miał doskonały pomysł, jak ulżyć Rose w wydatkach i przy okazji podziękować za dzisiejszy dzień, tak aby jej nie urazić. Dziewczyna odwróciła się z pytającym spojrzeniem, ale muzyk już był przy wyjściu z metra.

Deszcz wzbierał na sile, po schodach ściekała woda, co zmusiło szatynkę do przeniesienia się. Usiadła pod ścianą, która była oświetlona przez lampę i szarpiąc delikatnie za struny starała umilić sobie czas oczekiwania na przyjaciela. Na zewnątrz było już ciemno, a zielonooka zaczynała wątpić w to, czy Dan jeszcze przyjdzie. Jeśli wdał się w konfrontację z Kylem, to na pewno dzisiaj go już nie spotka. Palce bolały ją już od trzymania chwytów, a powieki same opadały. Chciałabym żeby tu był - pomyślała porzucając już jakąkolwiek nadzieję. Wybudziło ją wołanie Dana:
- Rose! - zbiegł na dół z obawą, że dziewczyny już nie ma, ale odetchnął z ulgą, gdy zobaczył ją siedzącą pod ścianą. - Nie strasz mnie tak więcej - uśmiechnął się szeroko i usiadł obok, ciężko oddychając. Był cały przemoczony i mimo prób nie zdołał ukryć zmęczenia. Skoro już i tak pokonuje kilometry, to może powinien się zapisać na biegi przełajowe? - Mam coś dla ciebie - odwrócił się do niej uradowany, a dziewczyna tylko zmarszczyła brwi podejrzewając najgorsze. Jednak ku jej zdziwieniu mężczyzna wyciągnął z kieszeni kurtki wejściówkę za kulisy koncertu. Nie była jednorazowa... obejmowała wszystkie występy zespołu, aż do końca ich trasy koncertowej. - Może być? - spytał niepewnie widząc, jak dziewczyna ze zdziwieniem wlepiła zielone oczy w bilet.
- Dan... - zaczęła cicho - ... ja nie mogę tego przyjąć. - Nie miała mu tego za złe. Widziała, jak się starał, ale nie mogła od tak, po prostu wziąć on niego wejściówki. Nie chciała go wykorzystywać.
- Nalegam - zależało mu na tym, aby przyjęła prezent. Był on pewnego rodzaju gwarancją, że jeszcze się spotkają. - Tylko w ten sposób mogę Ci podziękować za wszystko - mówił jedno, ale myślał drugie. Tak naprawdę był przekonany, że to nie wystarczy. Dziewczyna już chciała coś powiedzieć, ale mężczyzna,  położył wejściówkę na jej kolanach, ucałował w policzek i szepnął do ucha: "Do zobaczenia na koncercie", po czym wybiegł.


Zamykając za sobą drzwi pokoju hotelowego Rose oparła gitarę przy łóżku. Zdjęła szybko zabłocone glany i przemoczony, zielony płaszcz, który po chwili powiesiła na wieszaku. Krążąc po pokoju ściągała z siebie kolejno białą bluzeczkę z długim rękawem i czarne spodnie, kładąc je na krześle. Rozpuściła włosy, potargała, po czym w samej bieliźnie poszła do łazienki wziąć prysznic.
Po chwili relaksu wyszła wycierając włosy, ubrana jedynie w dużą, męską koszulkę z nazwą piłkarskiego klubu, w której uwielbiała spać. Rzucając ręcznik na krzesło podeszła do lustra i uważnie się sobie przyjrzała lekko się krzywiąc. Byłaby zadowolona ze swojej sylwetki, gdyby nie jej uda... Były według niej zbyt grube w stosunku do reszty ciała, po za tym mogła się pochwalić cellulitem, co w jej wieku było nie lada powodem do dumy. Zażenowała własnym wyglądem skierowała się w stronę wieszaka z kurtką, w kieszeni której znajdował się wejściówka. Po omacku szukała biletu na jej dnie, ale przy okazji trafiła na coś jeszcze... Wyjęła rękę, a w dłoni trzymała zwinięty stu dolarowy banknot, który Dan chciał podarować jej wcześniej. Od podarcia wartościowego papieru powstrzymał ją fakt, iż po rozwinięciu znalazła na nim numer telefonu, który najprawdopodobniej należał do Smitha. Była na niego zła, ale mimo wszystko wywołało to na jej twarzy szeroki uśmiech.



Tym razem rozdział trochę dłuższy od poprzedniego,
ale następny przebije wszystkie dotychczasowe, pod względem długości ;)
Mam nadzieję, że ten wam się spodobał
(Rose robiła z siebie idiotkę... musi się spodobać xD)
i zapraszam do komentowania ;)

poniedziałek, 1 września 2014

Let's be optimists - Rozdział 3.

Po tak wyczerpującej nocy każdy spałby najchętniej do południa. Niestety nie każdy miał taką możliwość.
- Dan wstawaj - najstarszy z zespołu szturchał wtulonego w pościel wokalistę.
- W ten sposób go nie obudzisz... - zawołał Woody, który własnie brał prysznic.
- Dokładnie - potwierdził brodacz. - To trzeba bardziej... no wiesz... - tłumaczył gestykulując, po czym postanowił oszczędzić sobie zbędnych wyjaśnień i po prostu pokazać. - WSTAWAJ KŁAMCO! - rzucił się na jeszcze śpiącego Dana. - Nie wybaczę Ci tego wczorajszego... - zanim zdążył skończyć swój wywód, wylądował na ziemi.
- Dajcie mi spokój... - mruknął brunet chowając się pod kołdrą.
- Czyli nie chcesz jechać do Atlanty i spotkać tego swojego Kopciuszka? - syknął Kyle podnosząc się z podłogi. Na dźwięk tych słów Dan od razu wstał z łóżka, co wprawiło Willa w osłupienie.

Na miejscu chłopacy mieli jeszcze sporo czasu przed występem, więc aby nie siedzieć w pokoju hotelowym, wyszli obadać teren. Może spotkają jakieś ślicznotki, które przypadkiem później spotkają po koncercie i z wielką chęcią potowarzyszą im tej nocy? Wszystko możliwe.
Spacerując ulicami Atlanty tylko jedna rzecz mogła przykuć uwagę wokalisty. Siedząca na krawężniku dziewczyna o prostych, brązowych włosach, które ponownie miała założone za ucho. Dzięki temu można było zauważyć, że w lewym uchu ma aż cztery kolczyki, natomiast w prawym tylko czarną spiralę. Tym razem ubrana wzorzyste spodnie i ciepły, biały sweter, który był idealny na tę jesienną  pogodę. Szatynka wyglądałaby naprawdę prześlicznie, gdyby nie para zabłoconych, starych glanów. Dlaczego ona zawsze musiała je nosić?! Delikatnie szarpiąca za struny swoimi paznokciami pomalowanymi na czarno, wygrywała spokojną melodię piosenki "Stay" z repertuaru U2.

And if you look, you look through me
And when you talk, you talk at me
And when I touch you, you don't feel a thing
If I could stay...
Then the night would give you up
Stay...and the day would KEEP its trust
Stay...and the night would be enough
Faraway, so close
Up with the static and the radio
With satelite television
You can go anywhere
Miami, New Orleans
London, Belfast and Berlin

Na jej widok brunet uśmiechnął się szeroko - Idzie przodem. Zaraz do was dołączę - rzucił tylko przez ramię i zaczął zbliżać się do dziewczyny. Najwidoczniej i tym razem śpiewała ona sama dla siebie. Nie dbała o to, czy ktokolwiek jej słucha. Była we własnym świecie. Jej twarz wyglądała na spokojną i opanowaną, jednakże gdzieś w głębi czuła wszechogarniającą ja rozpacz. Nie roniła łez, ale nie dało się ukryć, że śpiewanie tej piosenki sprawia jej ból...

And if you listen I can't call
And if you jump, you just might fall
And if you shout, I'll only hear you
If I could stay...
Then the night would give you up
Stay...then the day would keep its trust
Stay...with the demons you drowned
Stay...with the spirit I found
Stay...and the night would be enough
Three o'clock in the morning
It's quiet and there's no one around
Just the bang and the clatter
As an angel runs to ground
Just the bang
And the clatter
As an angel
Hits the ground

Dan stanął tuż przed nią i wrzucił do leżącego obok niej kapelusza ćwierćdolarówkę, co wyrwało szatynkę z "transu".
- Śledzisz mnie? - starał się zachować powagę, ale nie mógł powstrzymać uśmiechu na jej widok.
- Pozwolę sobie przypomnieć, że to nie ja goniłam Cię zeszłej nocy - wlepiła w niego duże, zielone oczy z wymalowaną irytacją na twarzy. Chyba nie miała dzisiaj nastroju do żartów, co brunet od razu zauważył. Usiadł obok niej na krawężniku i oparł ręce o kolana.
- Ta piosenka... - zaczął trochę niepewnie. - Jakiego rodzaju wspomnienia masz z nią związane? - ostrożnie dobierał słowa. Chciał się o niej wreszcie czegoś dowiedzieć, ale może ta chwila nie była odpowiednia do nawiązywania głębszych znajomości.
- Dlaczego o to pytasz? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, mając nadzieję, że da jej spokój.
- A dlaczego tak bardzo unikasz mówienia na swój temat? - nie dawał za wygraną. Tym razem nie chciał dać jej, od tak, po prostu odejść.
- Widocznie mam ku temu powody - Dziewczyna nie lubiła mówić o sobie. Jej przeszłość była pełna rzeczy, o których nie powinno się mówić, a już zwłaszcza nieznajomym.
- No dobrze... - westchnął głęboko, poddając się i tym razem. - To co Cię tu sprowadza? - zmienił temat mając nadzieję, że nie będzie chciała go spławić.
- Koncert - oznajmiła strojąc gitarę.
- Co? Znowu? - zdziwił się wokalista. Kto jeździ na dwa koncerty tego samego zespołu z rzędu?
- Daniel... - zaczęła tak poważnie, jakby własnie chciała mu wyjawić sens życia - Chyba mi nie powiesz, że nie jesteś na tyle bystry, aby się nie domyślić, że nasze spotkania nie są przypadkowe - i zapadła grobowa cisza, która mogła mówić tylko jedno: A JEDNAK! Dziewczyna zrobiła klasycznego "facepalma" i spojrzała na osłupiałego, którego niebieskie oczy wyglądały teraz, jak oczka małego, naiwnego, głupiutkiego szczeniaka, który przechyla główkę na bok, nie rozumiejąc co się do niego mówi. - Dan... - dziewczyna głęboko westchnęła z dezaprobatą i zebrała w sobie resztki sił, aby dać mu jeszcze jedną szansę - Jak myślisz... dlaczego ostatnio ciągle na siebie wpadamy?
- Jak długo za nami jeździsz? - nagle go olśniło.
- Od jakiegoś roku..? - wpatrywała się w ziemię, myśląc ile to już czasu minęło odkąd rzuciła wszystko i wyruszyła w podróż za Bastille.
- To dlaczego jeszcze nigdy Cię nie widziałem na lub po koncercie? - zmarszczył brwi, wlepiając niebieskie oczy w szczupłą szatynkę.
- Bo nie lubię się przepychać w pierwszym rzędzie, a spotkanie z wami mnie nie interesuje - wzruszyła obojętnie ramionami, co nie było by dziwne, gdyby nie mówiła w ten sposób o marzeniach tysięcy dziewczyn na całym świecie. Nawet dla Dana jej słowa były niepojęte... - Niestety. Czas przybić "pjonę" z szarą rzeczywistością i pogodzić się z faktem, iż nie każda do was wzdycha i tylko marzy, aby spędzić noc z jednym z Bastille - mówiła zmieniając głos i gestykulując tak, że muzyk, mimo starań nie mógł zachować powagi. - Co innego, gdyby to był Channing Tatum, albo Jensen Ackles. Wtedy bym to jeszcze przemyślał. Ale wy?! - zapadła cisza. Niebieskooki spojrzał na nią z drżącymi kącikami ust i wystarczył ułamek sekundy, aby zrozumieli się bez słów i oboje wybuchnęli śmiechem. Zapomnieli o wcześniejszym zgrzycie, a ich rozmowa dalej potoczyła się sama. Daniel kilka razy błagał dziewczynę o numer telefonu, jednakże ona uparcie odmawiała. Gdyby nie ludzie, którzy co chwile prosili Dana o autograf, czy zdjęcie - byłoby idealnie. Mogliby dyskutować na różne tematy do późnej nocy i pewnie tak by się stało, lecz miłą atmosferę przerwał dzwoniący telefon.
- Gdzie ty do cholery jesteś?! Zaraz gramy! - w słuchawce odezwał się głos wkurzonego do granic możliwości Kyle - Matka Cię nie nauczyła odbierać telefonów?! - brodacz krzyczał tak głośno, że wokalista odsuwał od siebie urządzenie marszcząc brwi - Dzwonie do ciebie już chyba dziesiąty raz! - Dan i Rose spojrzeli zdziwieni na siebie. Czyżby byli tak zajęci rozmową, że nie usłyszeli sygnału? Po drugiej stronie było słychać jakieś trzaski, co mogło wskazywać tylko na to, że ktoś wyrywa najmłodszemu telefon z ręki. - Dan? - tym razem w słuchawce rozbrzmiał głos Chrisa - Mam nadzieję, że jesteś już w drodze bo Will się niepokoi, a Kyle dostaje już szewskiej pasji... 
- Tak, już biegnę - Smith od razu zerwał się na równe nogi. Odwrócił się do Rose chcąc coś powiedzieć, ale ona tylko pomachała mu na do widzenia. Widząc to muzyk uśmiechnął się i pobiegł, jak na złamanie karku, aby nie spóźnić się na swój własny koncert.
- Tylko się zabij... -dziewczyna zaśmiała się pod nosem odprowadzając go wzrokiem.


I kto by pomyślał, że Dan zdąży na swój koncert... Mimo przebiegnięcia prawie dwóch kilometrów, nadal był w stanie dać świetny występ, jednakże skutki tego odczuł dopiero rano.
Rose niestety od razu po koncercie, na który się spóźniła musiała szybko iść "łapać stopa". W przeciwnym razie nie zdążyłaby do Maryland na czas. Podróż mijała całkiem przyjemnie i bezproblemowo od Atlanty, aż do Stafford, jednakże już w Woodbridge zaczęły się schody...
Na poboczu, wczesnym rankiem dziewczyna opierała się zmęczona o swoją dużą walizkę i z trudem utrzymywała już rękę w poziomie. Minęła co najmniej godzina od ostatniego przejeżdżającego tędy samochodu. Przez myśl jej przeszło, aby odpuścić sobie dzisiejszy koncert i udać się od razu do Nowego Yorku, gdzie miały się odbyć 2 kolejne.  I gdyby nie biały Mercedes, to pewnie by tak zrobiła. W samochodzie siedział mężczyzna po 40. ubrany w czarny, szyty na miarę garnitur.
- Podwieźć Panią? - spytał niskim, zmysłowym głosem uśmiechając się przy tym uwodzicielko. Facet nie był brzydki, wręcz przeciwnie - był przerażająco przystojny, jak na swój wiek.
- Jedzie Pan może w kierunku Maryland? - spytała niepewnie, bo mimo wszystko facet był podejrzany. Kto "ważny" o tej porze może przejeżdżać przez takie pustkowie? To tak, jakby spotkać księcia na białym koniu, na środku oceanu...
- Tak, proszę wsiadać, a ja zajmę się bagażem - zielonooka jeszcze przez chwilę się wahała, ale gdy przejął od niej walizkę i włożył do bagażnika, a gitarę położył na tylnym siedzeniu, nie było już odwrotu. Usiadła więc na miejscu pasażera i zapięła pasy. Gdy usłyszała warkot silnika od razu przeszły ją ciarki. Mężczyzna widząc to podkręcił ogrzewanie. Ruszyli. Przez pół godziny drogi panowała niezręczna cisza, a złe przeczucia Rose powoli odchodziły w zapomnienie.
- Więc... - zaczął niepewnie - Co taka śliczna dama, robiła o tej godzinie sama na pustkowiu? Chłopak Cię zostawił? - zażartował, aby w jakiś sposób przełamać lody.
- Nie, nie... - zaśmiał się lekko pod nosem i zanim zdążyła cokolwiek dodać on stwierdził:
- No tak... przecież nikt nie byłby na tyle głupi, żeby rozstawać się z taką pięknością-  dziewczyna wywróciła oczami. Nigdy nie lubiła być kokietowana przez starszych panów. To było dla niej kłopotliwe.
- Możliwe... ale ja tylko uciekłam z domu - powiedziała to w taki sposób, że nikt nigdy by się nie domyślił, że to mogła być prawda, co rozbawiło mężczyznę, po czym znów zapadła cisza. Czas mijał, a godzina szczytu się zbliżała. Na kilka kilometrów od centrum Maryland biały mercedes utknął w korku, który to z minuty na minutę robił się coraz większy. Mimo iż dziewczynie nie na rękę było spędzanie w tym samochodzie więcej czasu, niż było potrzebna, to potrafiła się rozkoszować, tą piękną chwilą ciszy, którą niestety przerwał dojrzały głos mężczyzny.
- Chciałabyś pracować kiedyś w branży muzycznej? - przyglądał się gitarze leżącej na tylnym siedzeniu i starał się ponownie nawiązać kontakt z szatynką.
- Nie wiem czy się nadaję... - wpatrywała się w panoramę za oknem i starała się przez obojętność tonu zachować odpowiedni dystans.
- Pracuję w jednej z wytwórni muzycznych i jestem pewien, że dałabyś sobie radę - nagle dłoń mężczyzny z gałki skrzyni biegów przeniosła się na kolano Rose i zaczęła błądzić po wewnętrznej części jej uda. Dziewczyna momentalnie wyszła z samochodu, zabrała gitarę i bagaż trzaskając przy tym drzwiami, po czym wysunęła uchwyt i zaczęła oddalać się od samochodu dynamicznym krokiem. Nawoływania i okrzyki, które słyszała za sobą ani trochę nie przeszkodziły jej w pokonaniu reszty trasy na piechotę.



Tym razem rozdział trochę dłuższy
Będę się starała jeszcze bardziej je rozwijać,
ale na chwilę obecną mam totalny brak weny...
Na dodatek nie mogłam znaleźć coveru piosenki U2 w dobrej jakości...
Mam nadzieję, że rozdział się podobał
i zapraszam do komentowania :)