piątek, 12 czerwca 2015

Jak NIE uczyć się na poprawę


To znowu ja, i to znowu moje ary z postaciami.
Tym razem przedstawiam wam moją wersję Vi - najbardziej zwariowanej, pozytywnej, szczerej, etc., etc., czyli najlepszy materiał na najlepszą przyjaciółkę xD
Art powstał już jakoś czas temu, ale jakoś nie miałam czasu go opublikować, więc tradycyjnie znalazłam go wtedy, kiedy miałam do najmniej, czyli podczas nauki na poprawę z języka polskiego.
Tak, osoba pisząca ff'y musi poprawić swoje oceny z akurat tego przedmiotu xD Ale to nie dlatego, że mam problem z ortografią, składnią, fleksją, czy czymkolwiek innym... Ja mam po prostu problem z Panią profesor xD

Tak więc.. oto nasza urocza Vi!
Mam nadzieję, że i ona się wam spodoba ^^




sobota, 30 maja 2015

Jak NIE poprawiać projektów do dokumentacji

Już wyjaśniam.

Nie tak dawno w mojej szkole odbył się "Dni otwarte", a na nich pokaz - mój pokaz, na którym mnie oczywiście nie było, ponieważ nie mogłam od tak sobie przylecieć z Hiszpanii do Polski na dzień, czy dwa, i wrócić... Tak więc mój pierwszy pokaz odbył się bez projektanta xD

Jakoś to przebolałam i nadal czekam na naganie, które obiecała mi moja wychowawczyni - organizatorka części artystycznej "Dni otwartych".
Kreacje, które wyszły na pokazie (4) były uszyte przeze mnie i moje koleżanki z klasy, na zajęciach, więc wczoraj nauczycielka poprosiła mnie, abym naniosła na projekty poprawki, które zostały uwzględnione w gotowych sztukach odzieży. Mówiąc prościej - dwa komplety szły do poprawki, aby były zgodne z uszytym modelem.
Rozłożyłam sprzęt, włączyłam muzykę na full, z zamiarem wzięcia się do pracy.
Oto jej efekt...




Słynę z tego, że zajmę się wszystkim, aby tylko nie robić nic do szkoły, tak więc zabrałam się za portret Rose...
Zrobiony na szybko, niedokładny, i wgl niedokończony, ale jednak chciałam wam go pokazać.
Mam nadzieję, że podoba się wam moje wyobrażenie Rose ^^

Jednak nie radzę poprawiać w ten sposób projektów do dokumentacji techniczno-technologicznej...
Nie bierzcie ze mnie przykładu i przykładajcie się do rzeczy związanych ze szkołą, jak należy xD

wtorek, 26 maja 2015

How far to our Happy End - Rozdział 7.

Wszystko mnie bolało, jak cholera...  Nie miałem pojęcia którą godzinę, czy noc już tam przesiedziałem. Poobijany, brudny, wyczerpany i przy okazji okradziony ze wszystkiego, co miałem, gdy przybyłem do tego ponurego miasta. Wszystkiego, oprócz tej cholernej kurtki, która pamiętała ostatnie łzy zielonookiej dziewczynki, skopanej przez życie bardziej, niż ja w tamtym momencie...
Obiecałem Ci, że będę ją chronić, ale - kurwa mać! - nie potrafię za nią nadążyć David - przeklinałem w myślach własną bezradność i sięgałem pamięcią do czasów, w których patrzyłem na plecy tego pieprzonego blondyna. Zawsze był lepszy ode mnie, we wszystkim, spoglądał daleko ponad coś, czego ja nawet nie potrafiłem dostrzec. A później? Goniłem za osobą, którą widziałem dwa lata temu, której widok uświadomił mi, jak bardzo się myliłem, gdy myślałem, że pogodziłem się z przeszłością i zaakceptowałem swój pieprzony los. Skazany na samotność, gdy siłą odebrano najcenniejsze mi osoby.
Rose, David... dlaczego zostawiliście mnie samego? Cholera... - zaciskałem zęby czując, jak gula rośnie mi w gardle, a łzy napływają do oczu.
- Rose...
Byłem beznadziejny. Facet powinien być oparciem dla kobiety, chronić ją, a nie jej szukać, aby to ona osłaniała go przed resztą świata. Jak nisko musiałem upaść? Jak bardzo bezwładne i poobijane było moje ciało? Mimo wszystko, mimo stanu w jakim się obecnie znajdowałem, fizycznym i psychicznym, to pragnąłem ją zobaczyć. Te zielone oczy, które nie patrzyły na mnie, tylko w głąb mej duszy. Ten uśmiech, który mimo iż pojawiał się tak rzadko, to potrafił rozproszyć chmury ponurego Londynu.
- Rose... - Nawet się nie zorientowałem, gdy moje powieki powoli opadły i straciłem przytomność.

Z nieba spadały coraz większe krople, które głośnym echem odbijały się od czarnego, przeciwdeszczowego materiału parasola. Nigdy nie wychodziłam bez niego z domu. W Londynie padało 200 dni w roku, więc nawet nie warto było go chować do szafy.
Wokół rozciągała się wszechobecna szarość, a od wilgoci włosy zakręcały się dosłownie we wszystkie strony, ale nigdy mi to nie przeszkadzało. Dlaczego? Po prostu zapach, który był siłą ściągany przez deszcz na ziemię, wszystko mi rekompensował. Zapach nieba, który wszędzie był taki sam, czy w Londynie, czy w Polsce... Nigdy się nie zmieniał i to własnie dzięki niemu mogłam się, choć na chwilę przenieść do rodzinnego miasta, do chwil, które spędzałam z przyjaciółmi pod zadaszeniem mojej klatki schodowej, obserwując krople spadające z miejsca, którego my zawsze chcieliśmy dosięgnąć. Własnie w takie deszczowe dni pochłaniało mnie uczucie głębokiej melancholii, i właśnie to uczucie popchnęło ku temu, aby tym razem wracać z treningu pieszo.
Im dłużej spacerowałam, wdychając wilgotne powietrze, tym bardziej okrężne ścieżki wybierałam. Nie śpieszyło mi się do mieszkania pełnego białych kopert, a Vi i tak uprzedziła mnie, że tego dnia wróci nieco później. Chciała spędzić z brodaczem jak najwięcej czasu, zanim znowu wyjadą w trasę. Oczywiście ja również nie marzyłam o niczym innym, jak o deszczowym popołudniu ze swoim ukochanym rozczochrańcem, ale niektóre marzenia niestety nie doczekały się spełnienia.
Oboje byliśmy pochłonięci pracą, a nikt nie był na tyle miłosierny, aby jakimś magicznym sposobem dodać nam do doby 8 godzin, chociażby na sen...
Stanęłam w półkroku, czując na plecach nieprzyjemny dreszcz, który stawiał mi wyraźne ultimatum: Albo ruszysz dupsko i pójdziesz wreszcie do domu, albo wpakujesz się w kolejne kłopoty. Ciemne uliczki, od których nocą powinno się trzymać z daleka, w tamtej chwili nie wydawały się być aż tak odstraszające. Kilka myszy, czy zbłąkany kot, wtedy nie potrafiły mnie skutecznie do nich zniechęcić. Najwidoczniej potrzebowałam nauczki, aby opuściła mnie pokusa zawitania do jednej z nich, w którą z niewiadomych przyczyn wbijałam oczarowane spojrzenie. Wpatrywałam się w mroczną bezdeń. Bezdeń emanującą tajemnicą, bezdeń, z której wydobywało się ledwo słyszalne wołanie o pomoc. A może to było moje imię? Czułam się jak Ewa, wabiona przez przebiegłego, wijącego się w ciemnościach gada.
Jak myślicie, co wtedy zrobiłam?
Oczywiście, że zaryzykowałam i kupiłam bilet w jedną stronę z mojego małego, prywatnego raju. Która kobieta by tego nie zrobiła? Popełnianie głupich błędów mamy już we krwi od początku świata...
Jednak nie ważne, ile razy ktoś będzie Ci wpajał przestrogi - wszystkiego musisz się nauczyć na własnych błędach.
Nabrałam głośno powietrza w płuca, jakbym właśnie zamierzała wskoczyć do bezdennego akwenu, wypełnionego lodowatą wodą. Kroczyłam niepewnie w głąb ciemnej uliczki, uważając aby po drodze nie nadepnąć jakiemuś śpiącemu kocurowi na ogon...
Ciche nawoływania brzmiały znajomo, co tylko potęgowało moje przeczucie, iż nie powinno mnie tu być.
Stanęłam przed ścianą, która oznaczała nic innego, jak koniec mojej jakże emocjonującej podróży. Rozejrzałam się dookoła, ale jedyne co dostrzegałam to porozrywane worki na śmieci i mysz, przebiegającą mi między nogami. Nie było tam nic nadzwyczajnego. Uliczka, jak każda inna; zapuszczona i nie najprzyjemniej pachnąca.
Odwracając się na pięcie, karciłam samą siebie w myślach:
Dlaczego ja tam w ogóle polazłam? Co mi strzeliło, żeby od tak wybrać się na wycieczkę po ciemnych uliczkach Londynu? Do tego słyszałam jakieś głosy... Boże, Rose - to się leczy!
Dopiero w połowie drogi zauważyłam, że przestało padać, a słońce nieśmiało wyglądało zza chmur. Cóż... najwyższa pora, aby wrócić do domu; a taki przynajmniej miałam zamiar, dopóki nie usłyszałam cichego mruknięcia:
- Rose...
Oniemiała wlepiłam wzrok w mężczyznę, któremu promienie słońca delikatnie pieściły sine usta i worki pod oczami, chowające się za mokrymi kosmykami ciemnych włosów. Nie wierzyłam w to co widzę. Łzy napłynęły mi do oczu, odruchowo zrobiłam szybki krok w tył i zasłoniłam usta dłonią, aby zdusić szloch. To był naprawdę on...
Wierzchem dłoni otarłam nos i odgarnęłam wszystkie wątpliwości, nasuwające się pytania na bok. Pozwoliłam zaślepić się bezgranicznemu szczęściu.
Przykucnęłam przy wybudzającym się przyjacielu.

Tkwiąc w ciemności, słyszałem w oddali czyjeś kroki.
Kto to?
Przyjaciel? Wróg?
O co ja w ogóle pytałem... przecież nie miałem już przyjaciół. Straciłem ich dawno temu i nie potrafiłem się z tym pogodzić. Wzywałem ich imiona przez sen, choć nigdy nie usłyszałem odpowiedzi.
Tym razem nie dbałem o to, kim mogła być osoba przemierzająca ciemności. Chciałem jedynie, aby mnie stamtąd wyciągnęła, aby pomogła mi pożegnać strach i samotność, aby przecięła niewidzialne nici, wiążące mnie z przeszłością.
Czy naprawdę prosiłem o zbyt wiele?
Tym razem uzyskałem odpowiedź.
Do mojego spowitego mrokiem świata, wdarł się jasny promień zwiastujący zmianę na lepsze.
Kto pomagał mi się wyrwać z własnej klatki? Komu powinienem być wdzięczny?
Powoli podnosiłem ociężałe powieki, a to co ujrzałem od razu wyrwało mnie z otępienia.
Te piękne zielone oczy, promienny uśmiech... Mała Rose była tuż przede mną. Wydawała się taka realistyczna, niemalże namacalna. Byłem przekonany, że pewnie zmęczenie mąci mi w głowie i skutecznie próbuje oszukać moje oczy, ale nie dbałem o to. Prosiłem, aby ta iluzja nie rozmywała się przedwcześnie, abym mógł wpatrywać się w twarz dziewczyny, piękniejszej, niż niejedno wybitne dzieło sztuki, jeszcze przez chwilę.
Jednak iluzja nie rozpływała się, a wręcz przeciwnie. Obraz stawał się coraz ostrzejszy, a do moich uszu dobiegł delikatny, kobiecy głos.
- Wzywałeś, Lucas?
- Och, Mała, gdybyś wiedziała ile razy... - uniosłem kąciki ust w odpowiedzi na przepełniony czułością uśmiech Rose.
A więc to ona miała być moim wybawieniem. To ona wdarła się siłą do mojego spowitego mrokiem świata i usiłowała uczynić go lepszym.
Och, Mała... nie wątpiłem w to, że pomożesz mi pokonać strach, że pomożesz mi pożegnać samotność, jednak nie byłem przekonany, co do tego, czy uda ci się przeciąć nici, wiążące mnie z przeszłością - moje główne źródło bólu.
Choć nie miałem nic przeciwko cierpieniu z twojego powodu, to nie mogłem znieść myśli, że od tamtej pory pozwoliłem Ci cierpieć przeze mnie.

Gdy tylko weszliśmy do mieszkania, wysłałam przyjaciela pod prysznic. Oczywiście przemoczony rozebrał się w pośpiechu, zostawiając wszystkie ubrania na podłodze, co ani trochę mnie nie zdziwiło. Z anielską cierpliwością zebrałam wszystkie i wrzuciłam do kosza na brudy, no... prawie wszystkie. Moje dłonie nie chciały uwolnić z uścisku skórzanej kurtki, którą lata temu oddałam Lucasowi. Wtedy czułam, że jemu również należy się jakaś pamiątka po Davidzie, choć teraz, gdy spojrzę wstecz, mam wrażenie, że tylko utrudniłam mu pogodzenie się z jego utratą. Tak samo, jak sobie ją utrudniałam, nie rozstając się z glanami, które od niego dostałam.
Czasami świadomie sprawiamy sobie ból, i nikt nie jest w stanie powiedzieć dlaczego... Taka już nasza natura. W głębi każdy z nas był masochistą.
- Pozwoliłem sobie użyć ręcznika leżącego na pralce - wyszedł z łazienki, wycierając włosy.
- Zostawiłam go tam specjalnie dla ciebie - odłożyłam kurtkę na oparciu kanapy, czując na sobie jego spojrzenie.
- W takim razie - dziękuję bardzo.
Mimo iż nie widzieliśmy się tyle lat, nie czułam skrępowania widokiem jego bez koszulki. Ten widok nie należał do obcych, i choć brunet nieco zmężniał, to nie potrafiłam spojrzeć na niego inaczej, niż na starszego brata.
- Macie coś do picia?
- W lodówce. Szklanki są w szafce nad zlewem - czuj się jak u siebie.
A może jednak coś się zmieniło?
Chodzi na siłownie... - stwierdziłam, przyłapując się tym samym na zbyt uważnym przyglądaniu się jego sylwetce.
- Więc? Co Cię przygnało do Londynu? Jeszcze nie tak dawno siedziałeś w Rakoniewicach - przesłuchanie czas zacząć.
- Dwa lata temu - zauważył, wyciągając szklankę. - Też chcesz?
- Nie, dzięki - usadowiłam się na podłokietniku kanapy, nie spuszczając z niego wzroku. - Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
- Rzeczowa, jak zawsze. Nic się nie zmieniłaś, co? - odwrócił się twarzą do mnie i oparł o blat. - Obietnica - ponaglany moim niezadowolonym wyrazem twarzy, wreszcie udzielił odpowiedzi.
- Obietnica? -  powtórzyłam unosząc pytająco brew.
- Tak, i to ściśle związana z tobą, Mała - zsunął ręcznik z głowy na barki.
Nigdy nie lubiłam, gdy mnie tak nazywali, choć później żałowałam, że nie mogłam tego usłyszeć ponownie. Raz, tylko jeden raz...
- "Opiekuj się nią", czy coś w tym stylu - zacytował, celowo zmieniając ton głosu.
- Komu ją składałeś? - zmarszczyłam brwi, a w odpowiedzi otrzymałam jedynie porozumiewawczo uniesiony kącik ust. - Po co w ogóle pytam...
Tamten dzień nie należał do najłatwiejszych. Po powrocie z Polski, wszystko ciągnęło mnie do domu, do chwil spędzonych z rodziną, przyjaciółmi... Jednak nie uporałam się jeszcze z przeszłością. Nie potrafiłam z nią walczyć, a co dopiero się pogodzić. Nadal cierpiałam przez pustkę w sercu, którą kiedyś wypełniali oni - osoby, które przedwcześnie mi odebrano.
- Zawsze byłaś naszym oczkiem w głowie - widząc, że wbiłam wzrok z podłogę, podszedł, chwycił mój podbródek dwoma palcami i unosząc go zmusił do spojrzenia mu w oczy.
- Dlatego przypomniałeś sobie o mnie dopiero teraz? - zabrzmiało to jakbym miała do niego pretensje o to, że w ogóle się pojawił.
A wcale tak nie było... Po prostu przez ten cały czas czułam się samotna bez nich, a natłok wspomnień kazał mi to z siebie wyrzucić.
- Jeszcze dwa lata temu byłem przekonany, że nie żyjesz, jak wszyscy z resztą - skarcił mnie, marszcząc brwi. - Po za tym, czego oczekiwałaś od małoletniego smarkacza? - westchnął przypominając sobie jak bezradny był, jeszcze kilka lat temu.
- Że okażesz się mądrzejszy ode mnie i pogodzisz się z rzeczywistością - oboje byliśmy bezradni, tak wtedy, jak i teraz.
- Niestety, ja też potrafiłem tylko uciekać. Z tą różnicą, że nie miałem odwagi uciec do świata z gitarą i pancerną walizką, tylko tkwiłem zamknięty we własnym - jego głos był tak łagodny... jeszcze bardziej, niż jego dłonie.
Wiedziałam, że nawiązuje do mojej irracjonalnej ucieczki z rodzinnego miasta, ale nie mogłam się powstrzymać od zgryźliwej uwagi:
- Z gitarą? Z twoim antytalentem muzycznym? 
- Warto mieć marzenia... - zaśmiał się pod nosem, żegnając smętną atmosferę.
Zdecydowanie wolałam go w tej wersji. Nie znosiłam chwil, w których z jego twarzy znikał uśmiech, nawet ten zadziorny, czy drwiący. To do niego po prostu nie pasowało, do najbardziej ogarniętego dzieciaka z grupy fanów dwóch kółek. Tego, który jako jeden z niewielu potrafił utrzymać tę hołotę w ryzach. Ahh, jak bardzo za nimi tęskniłam... za wiecznymi wyścigami z wiatrem, za warkotem silników, za barem, który odwiedzali co wieczór.
Jak bolesny był moment, w którym dotarło do mnie, że ani jedna z tych rzeczy już nigdy nie wróci. Nawet tamten uśmiechnięty chłopak, o oczach w kolorze bezchmurnego nieba.
Lucas, tak bardzo się zmieniłeś od tamtego czasu... Ile musiałeś wziąć na swoje barki, aby twoje tęczówki nie przypominały już tej bezkresnej przestrzeni, której tak chcieliśmy dosięgnąć?
- Wróciłam! - oznajmiła wchodząca do mieszkania Vi. - Wiem, że się spóźniłam, ale zobacz co Ci przyniosłam - jej entuzjazm zgasł, gdy tylko podniosła wzrok znad klamki. - Chyba przyniosłam Pana "Prezent na pocieszenie" w nieodpowiednim momencie... - osłupiała stanęła w drzwiach, a za jej plecami czekał owy Pan Prezent.
Na widok Dana od razu stanęłam na równe nogi, układając błyskawicznie w głowie najbardziej wiarygodne i racjonalne wytłumaczenie.
- Czy to są moje spodnie? - zdziwiony uniósł pytająco brew.
W myślach przybiłam piątkę z twarzą. Jak wytłumaczyć mu kim jest Lucas, dlaczego nie ma na sobie koszulki i chodzi po naszym mieszkaniu w jego dresach?






Tak, wiem...
Wieki mnie tu nie było...
Bo to brak weny, praktyki w Hiszpanii, nauka, nadrabianie, itd...
Zrozumiem, jeśli jesteście na mnie źli i odechciało wam się
czytać moje wypociny...
Ale wróciłam! I tym razem się mnie tak szybko nie pozbędziecie.
W każdym razie - przepraszam tych, których czekali
na kolejny rozdział, i mam nadzieję,
że przyjmiecie mnie znów z otwartymi ramionami.

wtorek, 10 marca 2015

How far to our Happy End - Rozdział 6.

W pośpiechu weszłam na salę, której cała jedna ściana była pokryta lustrami. Lampy kąpały w swoim świetle mężczyznę ubranego w grafitowe, dresowe spodnie i szczerze mówiąc nie miał na sobie już nic więcej, oprócz nich i ulubionych butów do tańca. Brad miał nieprzyjemny zwyczaj zapominania o górnej części garderoby, ale tylko do czasu, aż na sali pojawiła się osoba, która nie jest mną.
- Spóźniona - odsłonił śnieżnobiałe zęby w uśmiechu.
Nie znosiłam tego. Sposobu w jaki unosił uwodzicielsko kącik ust, w jaki emanował seksem po prostu stojąc z koszulką przewieszoną na szyi. Ten mężczyzna był po prostu niemożliwie atrakcyjny.
I właśnie to było jego największą wadą.
- I tak przed czasem - rzuciłam zamykając za sobą masywne, dwuskrzydłowe drzwi.
Potruchtałam przez całą długość sali, tak jakbym próbowała przemknąć obok szatyna niezauważona i zwinąć klucz leżący na parapecie. Niestety glany spotykając się z parkietem wydawały głośne odgłosy tupania i piski.
- Instruktor powinien być obecny na sali co najmniej pół godziny przed czasem - oznajmił ujmując w dłoń mój cel.
- Nie jestem instruktorem - zauważyłam próbując odebrać tancerzowi przepustkę do wygodniejszych ubrań.
W brązowym swetrze, poprzecieranych rurkach i beżowym szalu w kwieciste wzory niemal idealnie wpisywałam się w otoczenie...
- Ale mogłabyś być - stwierdził unosząc rękę jak najwyżej, abym musiała robić z siebie idiotkę skacząc, jak mała dziewczynka, której odebrano lizaka. - Uwolniłabyś się od tych ciągłych wyjazdów, grania w teledyskach, propozycji od wytwórń i reżyserów - mówił z udawanym współczuciem w głosie.
Doskonale wiedział, ile ludzi marzy o takim trybie życia, i jak bardzo ja byłam z niego niezadowolona.
Nic dziwnego, skoro ty musisz wyjechać do USA, kiedy twój ukochany siedzi w Londynie po raz pierwszy od kilku miesięcy...
Tak, mimo iż uwielbiałam podróżować, to o wiele bardziej chciałam spędzać ten czas z Danem. Nasz tryb życia sprawiał, że dom był dla nas hotelem, a wolne dni zdecydowanie za często się ze sobą nie pokrywały. W rezultacie spotykaliśmy się raz na miesiąc, a gdy już do tego dochodziło, to nie wychodziliśmy z łóżka i to nie dlatego, że robienie pewnych rzeczy w innym miejscu jest nieprzyzwoite; zmęczenie po prostu brało nad nami górę.
- Miło, że rozumiesz moją sytuację, ale jeśli chcesz, abym była gotowa przed czasem - oddaj mi klucz. Proszę - przecedziłam przez zęby zirytowana brakiem kilku centymetrów, dzielących mnie od istotnego w tej chwili kawałka metalu.
- Jasne, nie ma sprawy.
Schował obie dłonie za plecami.
- Tylko musisz zgadnąć w której ręce je trzymam.
Zadziornie uniesiony kącik ust doprowadzał mnie do szału, i to nie tylko dlatego, że osoba stojąca przede mną była wyjątkowo irytująca w całym swoim jestestwie, ale również, że w każdym ruchu, słowie, czy oddechu przypominał mi osobę, z której tak trudno było mi się wyleczyć.
Gdyby odjąć mu kilka lat, przefarbować włosy na blond i pozwolić zarostowi żyć własnym życiem, to nawet ja byłabym skłonna stwierdzić, iż David w jakiś niewytłumaczalnie cudowny sposób zmartwychwstał. A ten fakt irytował mnie bardziej, niż to, że Brad uwielbiał się ze mną droczyć na każdym kroku.
- Prawa - wywróciłam oczami ciężko wzdychając.
I pomyśleć, że już miałam go dość... a dzień dopiero się zaczął.
- Pudło - oznajmił i ku mojemu zdziwieniu, zamiast pustej dłoni przed nosem zobaczyłam różę. - Wszystkiego najlepszego - uśmiechnął się w sposób, w jaki odkupił wszystkie swoje dotychczasowe grzechy.
- Z jakiej to okazji? - zdziwiona przyjęłam piękny kwiat iskrzący czerwienią.
- Dnia Kobiet.
- Jest ósmy marca - uniosła wzrok znad delikatnych płatków. - W Wielkiej Brytanii to święto obchodzi się dziesiątego, i z tego co pamiętam, to nie macie w zwyczaju obdarowywania kobiet kwiatami.
- Najpiękniejsze kobiety zasługują na specjalne traktowanie.
Tak, wiem - nie tylko różnorodność przedstawicielek płci pięknej w Polsce była przyczyną powstania stwierdzenia, iż - "polki są najpiękniejsze", jednak miałam dziwne przeczucie, iż tym razem Brad nie miał na myśli mojego pochodzenia.
I wcale nie wskazywała na to jego dłoń, która wodząc delikatnie od mojej skroni założyła mi za ucho zbłąkane kosmyki.
Nie, to z pewnością nie było żadnym dowodem na to, iż uroczy gest mógł mieć ukryte drugie dno...
Tymczasem ja zbliżyłam się do niego na tyle blisko, aby wyciągnąć klucze, które ukrył na dnie kieszeni dresowych spodni.
A to, że on źle odczytał moje intencje i schylał się powoli do pocałunku, to już absolutnie nie moja wina!
Zanim jednak doszło do czegokolwiek - szybko wyjęłam to co chciałam i odsunęłam się na bezpieczną odległość.
- Dziękuję - z triumfalnym uśmiechem na ustach zabrzęczałam mu kluczami przed nosem.
Zaskakujące, jak późno zorientował się, iż ktoś grzebał mu w kieszeniach...
Biedny naiwny tancerzyk ze słabością do kobiet.
Zastanawiało mnie ile razy stracił portfel ulegając wpływom ładnej buzi, której właścicielka okazała się być kieszonkowcem.

Po niecałych pięciu minutach wróciłam przebrana na salę.
Czarne, luźne spodnie, burgundowy top i wygodne buty do tańca, to był strój w jakim najczęściej można było mnie tu zobaczyć. Nie przejmowałam się odsłoniętym brzuchem, nie raziły mnie skąpsze stroje koleżanek, braki koszulek kolegów. Tutaj był inny świat, tutaj każdy był świadomy swojego ciała i nie miał żadnych problemów, aby je eksponować. Nikt Cię również nie oceniał, czy krytykował, jeśli byłeś gorzej zbudowany. Akceptowaliśmy się wzajemnie i szanowaliśmy.
Sala była już pełna, a ja przyszłam, jako jedna z ostatnich. Wiedziałam, że przekomarzanie się z Bradem to strata czasu...
Wszyscy siedzieli już pod lustrami wyczekując nowego układu, który miałam powtarzać z szatynem w ciągu ostatnich trzech dni. Problem tkwił w tym, iż nie mieliśmy na to za dużo czasu... Ja wywędrowałam do Polski, a ciemnooki zajął się swoimi sprawami.
Ale zasad trzeba było przestrzegać: zwycięzcy piątkowych "zawodów" byli zobowiązani przedstawić ponownie swój układ i nauczyć kroków pozostałą część grupy.
Zawody polegały na tym, iż chętne grupy tworzyły choreografię, do wyznaczonego utworu, którą następnie musiały zaprezentować. Zwycięzca wybierał piosenkę do kolejnej tury, a jego układ był tym, który uczestnicy warsztatów musieli opanować do piątku.
O wyniku decydowała ilość butów zebrana przez daną grupę, duet, czy solistę.
Tak - butów.
Piosenkarzy obsypuje się kwiatami, pluszakami, a tancerzy - obuwiem. Jeśli miałeś na sobie czapkę - miałeś  dodatkowy głos do oddania. Zdarzały się nawet przypadki, w których pod stopami znalazłam czyjeś spodnie...
Idąc tą logiką - możesz oddać tyle głosów na ile jesteś odważny, aby rozebrać się prawie do naga.
Stanęłam obok Brada, który już ubrany w koszulkę czekał zwrócony twarzą do luster. Moje niepewne spojrzenie od razu zdradziło, iż przez ten weekend nie odświeżyłam sobie pamięci na tyle, aby zatańczyć całą choreografię od początku do końca, jednak szatyn się tym nie przejął. Jedynie zaśmiał się pod nosem.
Wiedziałam.
Ten wizualnie idealny idiota również nic nie pamiętał!
Z jednej strony było to nieodpowiedzialne z naszej strony wiedząc, że to na naszych barkach spoczywa nauczanie innych każdej choreografii, ale z drugiej było świetną okazją do przypomnienia sobie, że taniec jest dziedziną sportu, która nie polega na rygorystycznych treningach i trzymaniu się wyznaczonych norm, ale na pokazaniu samego siebie i zabawie.
Muzyka odbijała się od żółtoczarnych ścian sali, za nami stał rząd wiatraków, które w najcieplejsze dni były niczym błogosławieństwo. Wyszliśmy na środek zamieniając jeszcze kilka zdań:
- Pamiętasz cokolwiek? - ciemnooki wolał się upewnić.
- Niektóre fragmenty... - przyznałam niechętnie.
- No to czas popisać się naszą grą aktorską - wzruszył beztrosko ramionami z szerokim uśmiechem na twarzy.
Zaczęliśmy krążyć wokół siebie robiąc małe kroczki na lekko ugiętych kolanach. Wskazując na sąsiada uśmiechaliśmy się do siebie bezradnie,  próbując w myślach przywołać prawidłowe kroki układu. Kilka kroków w tył, znów okrążyliśmy się kilka razy w rytmie piosenki i w zasadzie prawdziwy taniec zaczął się dopiero po czterdziestu pięciu sekundach robienia z siebie idiotów.
Kilka efektywnych kroków i w pomieszczeniu rozbrzmiały krzyki aprobaty, które wzbierały na sile, gdy tylko ciemne oczy Brada zsunęły się na moje pośladki, a on  z głupawym uśmieszkiem tańczył dalej. Oczywiście efekt był zamierzony, choć nie wynikł z mojej inicjatywy.
Jako duet lubiliśmy wchodzić ze sobą w interakcję, więc często tańczyliśmy razem, a nie obok siebie. Nasze ruchy były uzależnione od drugiej osoby, co zawsze zwiększało ilość decybeli na tej sali.
Poruszaliśmy się idealnie równo, choć każdy na swój sposób, i mimo odmienności stylów - nadal tworzyliśmy spójną całość. Nawet w chwilach, w których nie mieliśmy pojęcia co robić, czyli takiej jak ta, gdy dalsza część choreografii była zakodowana w odmętach pamięci.
- I co dalej? - zapytałam wykonując jeden z ostatnich kroków, jaki pamiętałam w tej części utworu.
- Po prostu stój - odparł tancerz, a gdy tylko zrobiłam to co kazał wzbogacając to o kilka subtelnych gestów - znalazł się na ziemi przede mną.
Rozłożyłam bezradnie ręce nie wiedząc co zrobić.
Jeden z najprzystojniejszych facetów, jakich miałam okazję poznać własnie leżał u moich stóp, a ja stałam, jak słup soli. Na samą myśl o tym, zaczęłam się śmiać, a w tym czasie Brad wrócił do pionu.
- Jedziemy dalej - uśmiechnął się ciemnooki słysząc, że widowni, mimo wszystko się podoba.
Następnie stojąc obok mnie dyktował, którą nogą i co mam robić, aby chociaż zachować pozory jakiejkolwiek choreografii.
- Spójrz w prawo i w lewo - wziął mnie pod rękę i instruował dalej.
Trzeba mu było przyznać, że w wymyślaniu układu w trakcie tańca był niedyplomowanym mistrzem.
Następny fragment przebrnęliśmy tak, jak powinniśmy. Nasze ruchy znów idealnie się zgrywały, a na kolejną interakcję publiczność nagrodziła jeszcze większą ilością decybeli, niż poprzednią.
- Teraz idziesz sama - piękny sygnał, który nie oznaczał nic innego, jak ten piękny moment, w którym mogłam zaszaleć.
I najwidoczniej nie tylko ja byłam z tego powody zadowolona, bo publiczność również zareagowała entuzjastycznie.
Oczywiście lubiłam układać choreografię z Bradem i wykonywać ją z innymi, ale układ stawał się o wiele bardziej efektywny, jeśli znalazło się w nim miejsce na freestyle.
A po chwili moje miejsce zajął szatyn.
I w tym momencie wszystkie panie obecne na sali budziły się do życia.
Ale co dalej?
Cóż... jeśli nie masz pomysły, to najprawdopodobniej najlepszą opcją jest po prostu się wygłupiać, co i my uczyniliśmy.
Po Kilku krokach zrobionych ku sobie oparliśmy się wzajemnie o swoje plecy.
- Gotowa na zrobienie z siebie idiotki?
- Z tobą zawsze.
 Oparci o siebie ugięliśmy kolana i zaczęliśmy krążyć, wykonując przy tym dziwne ruchy rękoma. Nie skończyliśmy całego obrotu, a ja już nie mogłam powstrzymać się od śmiechu, który również rozbrzmiewał w całym pomieszczeniu.
Nie tylko my się dobrze bawiliśmy, ale również pozostali uczestnicy warsztatów, którzy na nowo zrozumieli, że taniec to nie tylko idealne kroki, robiące wrażenie, ale również wygłupy z przyjaciółmi, które są jego prawdziwą istotą.
Dreptałam za Bradem, gdy występ schylał się ku końcowi. Szatyn złapał mnie za ręce, uwiesił na plecach i z zadowoleniem wyniósł z sali, a odprowadziły go radosne śmiechy publiczności.
Ta choreografia zapadła nam wszystkim głęboko w pamięci i zapisała się na kartach pozytywnych wspomnień, które z pewnością jeszcze nie raz przejrzę.




I tak oto kolejny rozdział dobiega końca.
Mam nadzieję, że mimo obecności Brada,
którego ja nawiasem mówiąc uwielbiam,
rozdział się wam spodobał.
Cóż... miał być z okazji Dnia Kobiet,
ale uznajmy, że pamiętałam o naszych kochanych
mężczyznach i napisałam ten rozdział specjalnie
z okazji Dnia Mężczyzny!
(choć pewnie i tak żaden tego nie czyta xD)
To wszystko na dziś.
Mam nadzieję, że się podobało
i jak zwykle czekam na wasze opinie ^^

sobota, 28 lutego 2015

Nauka Polskiego - Lekcja 1.

Wiem, wiem, wiem... obiecałam wam, że dodam "niespodziankę" w okolicach 16.

Ale jak tylko włączyłam laptopa, to od razu przypomniało mi się, że muszę zrobić jeszcze "to", to, to i TO.
I w efekcie końcowym miałam 15 rzeczy do zrobienia, i jak to mam w zwyczaju - zaczęłam oczywiście od końca.
Jednak nadal jest sobota, więc można powiedzieć, że dotrzymałam obietnicy! xD



Tak więc...
Długo wyczekiwana niespodzianka, czyli: "Nauka Polskiego - Lekcja 1."



Komiks inspirowany innym komiksem, który kiedyś znalazłam w ciemnych zakątkach internetu. Podałabym autora, ale niestety nie mam pojęcia kim on(a) był(a)...
Pamiętam jedynie, iż komiks podpisano, jako: "Obwarzanek xD"

Mam nadzieję, że bardzo krótki komiks się wam spodobał ^^
Czekam na wasze opinie w komentarzach, tylko proszę o wyrozumiałość, bo pierwszy raz rysuję Dana i wiem, że powinnam jeszcze dużo poprawić, ale jestem taka dumna z tej krótkiej scenki, że musiałam wam ją pokazać *^*

I jeszcze jedno...
Jeśli spodobał wam się komiks i chcielibyście widywać je częściej, to pisze w komentarzach, które scenki z LbO lub Happy End mam dla was narysować i/lub jaką konkretną scenę chcielibyście widzieć w pełnometrażowym (nie wiem jak to nazwać, więc niech będzie "pełnometrażowy") arcie.
Komiksy będą bardziej humorystyczne (no chyba, że dana osoba zażyczy sobie inaczej), natomiast arty będą... ładniejsze. Pełna kolorystyka, cieniowanie, tło i ogólnie większy wkład pracy.
Więc jeśli podoba wam się ten pomysł, to czekam na wasze zlecenia ^^

Zlecenia możecie składać w komentarzach na stronie "Arty" (u góry na tym fajnym paseczku pod nagłówkiem znajdziecie odnośnik) lub na pw (fb, email, etc., etc)


P.S
Wybaczcie mój nieestetyczny charakter pisma... ale pisałam to co najmniej 20 razy (każdą kwestię...), abyście byli w stanie się doczytać. Mam nadzieję, że nie poległam, ale jeśli nadal nie możecie się doczytać, to obiecuję, że od dziś zacznę ćwiczyć pisanie! T^T

piątek, 27 lutego 2015

How far to our Happy End - Rozdział 5.

Rano niestety nie czułam się wypoczęta, czy też niczym nowo narodzona - wręcz przeciwnie. Dyskusja z Vi przeciągnęła się wystarczająco długo, aby zafundować mi noc na kanapie i zbolały kręgosłup.
Leniwie otwierając oczy uniosłam tułów znad legowiska. Przeczesałam palcami burzę włosów, która dzisiejszego dnia nie miała najmniejszego zamiaru współpracować. Z bólem wymalowanym na twarzy przyglądałam się skaczącej wokół szatynce. Moja najlepsza przyjaciółka właśnie podskakiwała na jednej nodze, aby w pośpiechu założyć but, a przy okazji trzymając w ustach niedokończone śniadanie - przypaloną grzankę.
- Pali się? - zmarszczyłam brwi czując mszczące się za noc spędzoną na kanapie kręgi, i zapach przypalonego pieczywa, ale tym razem nie miałam na myśli unoszącej się w zamkniętym pomieszczeniu woni.
- Zaspałam na zajęcia! - wyjęczała przez zaciśnięte zęby, aby nie upuścić grzanki.
- Było trzeba dłużej ciągnąć temat fizycznych zbliżeń... - syknęłam sarkastycznie, gdy nos Vi o mało nie spotkał się z podłogą podczas zakładania drugiego buta.
Na boga, czy ta dziewczyna naprawdę musiała być aż tak roztrzepana? Gdyby nie szczęście, które dziwnym trafem uczepiło się jej od chwili jej narodzin, to nie tylko twarz niebieskookiej by na tym ucierpiała... Ona miała zdecydowanie nazbyt duży talent do potykania się o własne nogi, i przy okazji wpakowywania w kłopoty, w które zdecydowanie za często wciągała również mnie.
- Kocham Cię! - rzuciła w pośpiechu ściągając kurtkę z wieszaka i zmykając za sobą drzwi z trzaskiem na tyle głośnym, abym skrzywiła się ponownie.
Setną sekundy później z tostera wyskoczyły dwie grzanki, które wyglądem raczej przypominały węgiel, niż cokolwiek, co kiedykolwiek było jadalne.
- Zapomniałaś śniadania! - krzyknęłam wiedząc, iż ściany bloku były na tyle cienkie, aby schodząca po schodach szatynka zrozumiała mnie bez problemu.
- Zrobiłam je dla ciebie! - odpowiedź dotarła do mnie błyskawicznie, a przesadnie radosny ton przyjaciółki wskazywał jedynie na jej świadomość wyglądu czegoś, co powinno być grzankami.
Tak, żadna z nas nie cechowała się wybitnym talentem kulinarnym, więc zazwyczaj jadałyśmy w knajpce na dole, lub w chwilach słabości (czyt. wyjątkowego napływu lenistwa) - zamawiałyśmy pizzę.
Ale liczą się dobre chęci, prawda?
Więc smacznego...


Pamiętacie, gdy wspominałam o nagraniu, które Dan opublikował bez mojej wiedzy, i które zapoczątkowało moją karierę? W pewnym sensie było to prawdą, lecz to nie był jedyny czynnik przyczyniający się do nagłego zainteresowaniem moją osobą.
Za sprawą coveru wytwórnie nagraniowe zaczęły się prześcigać w tym, której uda się zwerbować nowy talent w swoje szeregi, a co do napływających propozycji w sprawie teledysków, filmów i seriali... cóż, to już dłuższa historia.

Czekając przed salą na swoją kolej Dan ściskał moją dłoń we wspierającym geście, i choć starannie ukrywał zdenerwowanie, to lewe kolano co jakiś czas mu drżało. Byłam pewna, że stresuje się tą sytuacją jeszcze bardziej, niż ja. Jego kojący uśmiech skutecznie odwodził mnie od myśli, że za kilka minut będę musiała stanąć twarzą w twarz z komisją, która składała się z Rihanny, jej menadżera, reżysera i najlepszego tancerza w USA - Brada Thompsona.
Pewnie domyślacie się, jaka była reakcja Willa, gdy okazało się, że nie będzie mógł mi towarzyszyć wraz z Danem i nie spotka miłości swego życia... Tak, przeklina swój los do dziś.
Poszukiwali tancerki do nowego teledysku, więc pomyślałam, że nie zaszkodzi się zgłosić, ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jedna decyzja może aż tak zmienić moje życie...
- Następna! - rozległo się donośne wołanie, a moje serce waliło, niczym młot pneumatyczny.
Chyba dopiero w tym momencie dotarło do mnie, jak głupia byłam, aby porywać się na coś takiego. Przecież nie miałam żadnego doświadczenia, a ostatnio tańczyłam na zawodach, kilka lat temu.
Widząc panikę w moich oczach Dan mocniej splótł nasze palce i muskał ustami moje ucho mówiąc:
- Dasz radę. Wierzę w Ciebie - jego ciepły oddech wywołał przyjemne dreszcze rozchodzące się po całym moim ciele.
Wzięłam głęboki oddech i wstałam nie puszczając jeszcze dłoni bruneta. Może i wyglądałam na pewną siebie, ale w środku byłam przestraszona, jak małe dziecko, które boi się wyjrzeć spod kołdry, bo pod łóżkiem czyhają na mnie potwory zrodzone z najgorszych koszmarów. A tymi potworami była nie kto inny, jak znużona kilkugodzinnym przesłuchaniem komisja.
Niebieskie oczy mojego chłopaka spojrzały na mnie z dołu, jakby były pewne, że tak, jak szybko wejdę na salę, tak też szybko z niej wyjdę, aby ogłosić wszystkim radosną nowinę. Ucałował więc wierzch mojej dłoni, którą tak bałam się puścić i posłał ostatni uśmiech, który miał mi dodać odwagi. Niestety, uniesione kąciki ust nie zrobiły ze mnie bohaterki. Raczej zachęciły do tego, aby wyciągnąć bruneta do pobliskiego hotelu i zakopać się razem z nim w białej pościeli. Jeśli byłoby mi dane spędzić w ten sposób resztę swoich dni - nie miałabym powodów do narzekań.
- Następna! - wołanie ponownie rozbrzmiało na korytarzu, a zniecierpliwiony ton właściciela wcale nie dodał mi otuchy.
Miałam dwa wyjścia:
1. Wejść na salę i skompromitować się przed komisją.
2. Przez okno na korytarzu, które już od jakiegoś czasu mnie wzywało (przedmioty martwe mnie wzywają... to dobrze?).
Ale obiecałam Danowi, że chociaż spróbuję... więc nie pozostało mi nic innego, jak pożegnać się z własną dumą i uciec przez okno.
Koniec końców zostałam wepchnięta na salę siłą przez mężczyznę, którego uważałam za miłość swego życia. Jak mógł mi zrobić?! Zdrajca!
- Witam spóźnialską - odezwał się reżyser. - Co nam dziś zaprezentujesz?
Gdy otworzyłam usta, by wyjąkać prawdopodobnie najmniej poprawną stylistycznie, pozbawioną jakiegokolwiek sensu wypowiedź, odezwał się przystojny mężczyzną siedzący po lewej stronie stołu:
- Biorę ją!
- Wiem, że dziewczyna jest śliczna, ale nie umówi się z tobą, tylko dlatego, że załatwiłeś jej pracę - westchnęła zrezygnowana Rihanna, która była już najwyraźniej zmęczona kilkoma godzinami przesłuchań, które już dawno spisała na straty.
- I tak jest zajęta, więc nie mam nawet co próbować - wzruszył obojętnie ramionami przeglądając moją kartę, która oprócz imienia i nazwiska, nie zawierała absolutnie nic.
Zmarszczyłam brwi zastanawiając się skąd ten mężczyzna mógł to wiedzieć, przecież nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek go spotkała.
- Ale i tak jest za tym, aby ją wziąć.
- Pokaż - obiekt pożądań większości osób (nie tylko płci męskiej) na tej planecie wyciągnął rękę po oślepiającą bielą kartkę. - Tu nic nie ma - zauważyła unosząc brwi. - Więc na jakiej podstawie chcesz ją przyjąć? - oparła się łokciem o blat, odwróciła twarzą do mężczyzny siedzącego obok niej i rzuciła kartkę. - Wybacz mała, ale szukam doświadczonej tancerki z zajebistymi umiejętnościami, więc zrób sobie i nam przy okazji przysługę, i nie rób sobie wstydu, a nam nie marnuj czasu.
- To nie tak... - usiłowałam się jakoś bronić, ale byłam na tyle przestraszona zaistniałą sytuacją, że pozwoliłam sobie przerwać.
- Więc jak? Może masz jednak jakieś doświadczenie? - dopytywała piosenkarka.
- Nie... - spuściłam głowę czując na sobie wzrok całej komisji. - Przepraszam za zmarnowanie państwa czasu.
Bardziej już skompromitować się nie mogłam, więc postanowiłam podkulić ogon niczym niechciany kundel i opuścić salę.
- Nie bądź taka skromna - odezwał się szatyn siedzący z lewej strony stołu zatrzymując mnie tym samym w półkroku. - Jesteś Rozalia Anna Król, zgadza się? - wymówił mą godność z dziwnym akcentem.
Odwróciłam się ponownie w stronę komisji, która była gotowa wykopać stąd mnie i jednego z członków z tego pomieszczenia, aby mogli wywiesić białą flagę i wrócić do domu z niczym.
Magnetycznie ciemne oczy nagle wydawały mi się być dziwnie znajome. Byłam pewna, że już go gdzieś spotkałam, ale nie sięgałam pamięcią aż tak daleko, aby sprecyzować kiedy.
- Wielokrotne zwycięstwa w zawodach tanecznych powiatowych i gminnych. Kilkukrotna Mistrzyni Polski. Osiągnęła Mistrzostwo Świata w wieku zaledwie dwunastu lat w kategorii wiekowej 13-16. Z tego co wiem, to twoja trenerka nalegała, aby zakwalifikować Cię do wyższej kategorii, bo jej zdaniem w swojej nie miałaś absolutnie żadnej konkurencji. Jak widać nie doceniła twoich możliwości - recytował listę moich dawnych osiągnięć z pamięci, jakby wiedział, że zjawię się na tym przesłuchaniu z pustą kartą.
- Później słuch po tobie zaginął - dodał wzruszając ramionami. - Można wiedzieć dlaczego?
- Przestałam tańczyć - rzuciłam tak obojętnie, że wszyscy członkowie komisji unieśli brwi ze zdziwienia.
- Tak po prostu? - dopytywał szatyn.
- Tak, tak po prostu.
- I później już nic? Zero?
- Zero - skwitowałam, bo niespecjalnie miałam ochotę wspominać, że przez dwa lata zarabiała na życie tańcząc w nocnym klubie.
- W każdym razie... - oparł się wygodnie o krzesło. - Nie powinnaś być taka skromna - stwierdził pokazując mi biały skrawek papieru z moim imieniem. - I mam nadzieję, że reszta nie ma już żadnych wątpliwości co do słuszności mojej decyzji - dodał odwracając leniwie twarz do swoich towarzyszy, jakby dyskusja z nim nie miała najmniejszego sensu, ponieważ on od początku był pewien swoich racji.
- Ale... mówiła, że nie tańczyła od jakiegoś czasu. Może wyszła z wprawy? - menadżer najwidoczniej próbował złapać się czegokolwiek, aby udowodnić, że szatyn się myli.
- Więc pozwól, że to sprawdzę.
Mężczyzna wstał od stołu i pilotem włączył wybraną ścieżkę dźwiękową, którą okazał się nie być utwór siedzącej obok Rihanny.
"All of me" w dziwnie Latynoskiej wersji odbijało się echem od ścian wszechstronnego pomieszczenia. Szatyn wyciągnął rękę w oczekiwaniu na to, iż ją ujmę. Wraz z pierwszymi słowami piosenki wykonywaliśmy pierwsze kroki. Ciemnooki zgodnie z układem zbliżył się do mnie i odgarnął zbłąkane kosmyki włosów za ucho. Znajomy szept informował mnie kolejno co mam robić i w jakim tempie. Układ był tak intymny i zmysłowy, że jedyne czego jeszcze tutaj brakowało, to przyglądający się załączonej scenie Dan...
Nie zajęło mi dużo czasu, aby rozpoznać wszystkie piruety, kroki i dłonie wodzące po moim torsie. Wraz z kolejnymi obrotami upewniałam się, iż już kiedyś tańczyłam z tym mężczyzną, do tego samego utworu, wykonując dokładnie te same ruchy. Jedyną rzeczą, której nie mogłam sobie przypomnieć, to miejsce i czas...
- W klubie tańczyło się o wiele lepiej, choć tam definitywnie czułem na sobie wzrok twojego partnera - szepnął mi do ucha śmiejąc się pod nosem, a mnie nagle olśniło.
- Nowy York - otworzyłam oczy z nie dowierzaniem.
Jak mogłam być tak głupia, aby tamtej nocy nie przyjrzeć się takiemu przystojniakowi, jakim był Brad? Ah tak... Zupełnie zapomniałam, że byłam w tak złym nastroju, że tylko pokraczny taniec z Danem potrafił poprawić mi humor.
- Tym razem mi nie uciekniesz Rozalio. Szukałem Cię zdecydowanie za długo, aby pozwolić Ci zwiać i tym razem - uśmiechnął się odsłaniając białe zęby. - Nie sądziłem, że znajdę Cię w LA, ale jak już się pojawiłaś, to musiałem się chwytać czegoś, co by Cię zainteresowało - byłem pewien, że przyjdziesz na przesłuchanie, więc zgłosiłem się na choreografa, wygryzając przy okazji poprzedniego... Ale czego się nie robi dla kobiet - zaśmiał się, a ja osłupiałam wpatrując się w ciemne oczy, których wzrok czułam na sobie od jakiegoś czasu. Nie potrafiłam tylko dopasować ich do odpowiedniej osoby, którą, jak się okazało poznałam już jakiś czas temu.
Do końca układu zostało jeszcze kilka obrotów, więc w międzyczasie zapytałam:
- Po co zadałeś sobie tyle trudu, aby do mnie dotrzeć?
- Powiedzmy, że mam słabość do Księżniczek Disneya - ponownie uniósł kąciki ust w uśmiechu, któremu uległa by każda dziewczyna. Każda, włącznie ze mną.
Choć muszę przyznać, że nie przepadałam za porównywaniem mnie do Kopciuszka, to w tym momencie nawet ja zaśmiałam się pod nosem.
Kończąc ostatni obrót, stanęliśmy obok siebie z ręką na talii partnera i ukłoniliśmy się, tak samo, jak tamtej nocy w klubie.
- Biorę ją! - piosenkarka klasnęła w dłonie z entuzjazmem.
Ja dostałam pracę, Rihanna tancerkę do teledysku, Brad mnie, a komisja mogła wreszcie zakończyć dłużące się przesłuchanie.
Każdy z nas z pewnością mógł zaliczyć ten dzień do udanych.




Wow! 10 000 wyświetleń! *^*
Cóż za piękny dzień T^T
Mam nadzieję, że rozdział i Brad się wam spodobał,
bo w przeciwieństwie do flashbacków
tego ciemnookiego szatyna będzie dość sporo xD
Wybaczcie też, że nie pokażę wam
niespodzianki, którą przygotowałam
specjalnie na tę okazję, ale...
Nie zdążyłam jej jeszcze poprawić...
Zobaczycie ją dopiero jutro, gdy wrócę z pracy.
(czyli w okolicach 16)
Dziękuję wam, że jesteście i mam nadzieję,
że zostaniecie jeszcze ze mną na tyle długo,
abyście poznali zakończenie historii Roan.
A kto wie... może nawet i dłużej.
Taką mam przynajmniej nadzieję ^^

poniedziałek, 23 lutego 2015

How far to our Happy End - Rozdział 4.

Ciemne włosy Dana drażniły moją szyję. Zasnął oparty o moje ramię, w trakcie podróży samolotem, gdy ja zajęłam się czytaniem najnowszej książki Alice. Z każdą kolejną powieścią wydawała się być coraz lepsza, a jej styl urozmaicał się z każdym kolejnym rozdziałem. Zaskakujące było, jak bardzo potrafiła się rozwinąć w tak krótkim czasie.
Nic dziwnego, że Smith stracił dla niej głowę. Była piękna i inteligentna, w przeciwieństwie do mnie.
Niebieskooka blondynka z bogatą duszą, lekkością pióra, a szatynka o zielonych oczach, która z ledwością potrafiła utrzymać długopis między palcami... Wokalista chyba za bardzo obniżył swoją poprzeczkę. Jak mógł zamienić kogoś, kto miał już kilka powieści na koncie, na kogoś, kto jeszcze nigdy w życiu nie napisał niczego oprócz kilku kartek z pamiętnika w wieku dziewięciu lat... A może po prostu jej perfekcyjność przytłaczała go jeszcze bardziej, niż mnie? Czuł się przy niej tak mały i bezużyteczny, że...
Chrapanie bruneta zagłuszało moje myśli, które i tak prowadziły donikąd, choć może bardziej w stronę nieuniknionej jesiennej depresji.
Wracając do Dana i jego "obniżonej poprzeczki" - nie rozważyłam jeszcze jednej opcji.
Możliwe, że to Alice zakończyła ich związek. W końcu kto by z nim wytrzymał na dłuższą metę? Chyba tylko istota o iście anielskiej cierpliwości... Ewentualnie ktoś, kto uwielbiał towarzystwo niewyżytych dzieci, czy też sam był jednych z nich, bo nie oszukujmy się - mentalność członków tego zespołu momentami przechodziła wszelkie oczekiwania.
Ja może nie potrafiłam brać życia tak beztrosko, jak oni, ale samo patrzenie na nich sprawiało mi radość. Jak spełniają marzenia, jak pną się na szczyt, i oczywiście, jak kłócą się o ostatnią Kinder Niespodziankę...


Wchodząc do mieszkania Vi, które na chwilę obecną było również moim, odstawiłam walizkę z ciężkim westchnieniem i zdaniem oznajmującym na ustach.
- Wróciłam.
Mój głos rozniósł nie po pustym pomieszczeniu. Wyglądało na to, że najgłośniejsza osoba, jaką znam, była nieobecna, co szczerze mówiąc trochę mnie zdziwiło, bo zawsze czekała na mnie, gdy wiedziała, że wracam z jakiejkolwiek podróży, choćby po to, abym zdała jej relację z przeglądu napotkanych przystojniaków. Niestety obie znałyśmy Polskę, aż za dobrze, aby łudzić się, że znajdziemy tam kogoś korzystniejszego od mojego brata... Trzeba mu było przyznać, że cholera należała do grupy cieszącej się zdecydowanie za dużym zainteresowaniem płci przeciwnej. Matka natura nie poskąpiła mu uroku zewnętrznego.
Vi zostawiła mnie sam na sam z wokalistą, co nigdy nie wróżyło nic dobrego, choć byłam przekonana, iż gdy mężczyzna dostanie to czego pragnął od tak dawna, to poziom jego pożądania spadnie, jednak w tym przypadku przysłowie: "apetyt rośnie w miarę jedzenia" sprawdzało się aż nadto.
Gdy tylko Smith rozejrzał się po pokoju, zrzucił z siebie balast i odgarnął mi włosy z lewego ramienia. Muskając delikatnie ustami moją szyję szeptał kuszącym tonem:
- Może pójdziemy do sypialni?
- A może pozwolisz mi najpierw wziąć prysznic? - z trudem oparłam się brunetowi.
- Pod warunkiem, że weźmiesz go ze mną - zaśmiał się pod nosem obejmując mnie ramionami, tak, że nie mogłam się wyswobodzić, chowając twarz między moim barkiem, a szyją. Jego zarost delikatnie drażnił moją skórę, a dłonie zaczęły schodzić niżej, aby za chwilę wydobyć ze mnie najgłośniejsze jęki.
Tak, zaczął mnie łaskotać.
Pech chciał, iż natura obdarzyła mnie wyjątkowo wrażliwym ciałem, które na każdy najmniejszy dotyk reagowało odruchowo samozachowawczym i nieprzyjemnym dreszczem rozchodzącym się po całym ciele. W przypadku Dana było oczywiście inaczej. Gdy jego dłonie wodziły po moim ciele czułam, jak miękną mi kolana, ale to wcale nie oznaczało, że łaskotki znikały... One po prostu zasypiały na pewien czas, aby obudzić się w takich chwilach, jak te, czyli w momencie, gdy brunet zechce się nade mną poznęcać...
Moje błagania o litość mieszały się ze śmiechem, a do pokoju wszedł nie kto inny, jak na wpół przytomna Vi, ubraną jedynie w wiśniową bluzę brodacza.
- Widzę, że nieźle się bawicie - zauważyła przerywając moje tortury.
- A jednak jesteś - ucieszyłam się na widok przyjaciółki.
- Zmieniłaś fryzjera? - brunet zmarszczył brwi na widok wyszukanej fryzury, która wyglądała, jakby szatynka wystawiła głowę przez okno podczas jednej z najgorszych zawieruch.
- Nie, tylko Simmons wpadł dotrzymać mi towarzystwa - wyjaśniła przeciągając się.
To było do przewidzenia... Tylko brodacz potrafił doprowadzić tą zazwyczaj pełną życia istotę, do stanu nieużytkowego.
- Może chcecie do nas dołączyć? - dodała żartobliwie, doprowadzając włosy do względnego porządku.
- Nie, dzięki. Nie preferuję czworokątów... - skrzywiłam się na samą myśl widoku mojej najlepszej przyjaciółki z niebiologicznym bratem. Już raz ich widziałam - drugiego razu unikam, jak ognia!
- Żebyś ty chociaż dwukąty preferowała - zauważyła złośliwie dziewczyna, która raczej nie zwlekała z utratą dziewictwa tak długo, jak ja.
Pomijając już fakt, iż nie istnieje coś takiego, jak dwukąt...
- Byś się zdziwiła - wyszczerzył się głupawo Smith.
- Żartujesz - szatynka otworzyła oczy nie dowierzając. - Rozdziewiczyłeś ją?! - jęknęła tak głośno, że żałowałam, iż w chwili obecnej byłam zniewolona przez ramiona Dana. W przeciwnym przypadku mogłabym chociaż zasłonić uszy...
Wokalista nawet nie musiał odpowiadać, a niebieskooka już skakała w miejscu z piskiem na ustach. Po chwili rzuciła się na mnie uwalniając z objęć bruneta.
- Jestem z Ciebie taka dumna!
- Brzmisz, jakbym ukończyła wyższe studia z wyróżnieniem...
- Utrata dziewictwa to coś więcej! - zachwycała się dziewczyna. - To otwarte drzwi do świata fetyszy i bezkresnej rozkoszy! Zaczynasz od dziś nowe życie Rose!
- Jeśli oznacza to podobną fryzurę do twojej, to ja chyba jednak podziękuję...
- Przyzwyczaisz się.

Po długich namowach udało mi się wreszcie nakłonić dwójkę muzyków do opuszczenia mieszkania, choć muszę przyznać, że przyszło mi to z trudem. Nie łatwo wygonić za drzwi napalonych mężczyzn...
- Jutro się widzimy? - pyta Dan opierając się o framugę ramieniem, a drugą ręką zatrzymując pchane przeze mnie drzwi.
- Jutro masz wywiad i kilka innych ważniejszych zajęć na głowie. Czyżbyś już zapomniał? - uniosłam pytająco brew.
- Nic nie jest ważniejsze od ciebie - zauważył zmęczonym tonem, jakby przypominał mi o tym co najmniej setny raz. - Zawsze mogę się zerwać szybciej i...
- Tak, tak, żegnam Pana - napierając mocniej na drzwi marzyłam już tylko o tym, aby jak najszybciej wrócić do tęskniącego za mną łóżka. SAMA. Ale brunet tylko spojrzał na mnie, jakby na coś czekał i nie miał zamiaru się stąd ruszyć, dopóki tego nie dostanie.
Wywróciłam oczami i ucałowałam wokalistę w policzek, czując na ustach dotyk delikatnego zarostu. Uwielbiałam jego rudą brodę i za każdym razem gdy przychodził czas na pozbycie się jej, ubolewałam nad tym przez kilka dni, dopóki nie zaczęła odrastać. Może i ten rdzawy odcień ani trochę nie pasował do ciemnych włosów i nieziemsko niebieskich tęczówek Smitha, ale sposób w jaki delikatnie drapał moją skórę z każdym pocałunkiem, wywoływał przyjemne dreszcze.
- Do jutra - wyszeptał całując mnie w czoło i rzucając ostatni uśmiech, gdy już znajdował się z kociarzem przy schodach.
Pewnie zastanawiacie się, jak bardzo okrutną kobietą musiałam być, aby od tak wyrzucić jednych z najbardziej pożądanych mężczyzn na tej półkuli.
Sęk tkwi w tym, że wcale tego nie chciałam...
Najchętniej, to położyłabym się obok Dana zatapiając się w jego ostatnio silniejszych ramionach (muszę przyznać, że polubił siłownię), otulona jego zapachem i odpłynęła do świata sennych marzeń, który wzywa mnie od ostatnich czterdziestu ośmiu godzin. Niestety i ja, i mój organizm wiemy, że, aby jutrzejszego poranka funkcjonować względnie lepiej od chodzącego trupa, potrzebuję co najmniej czterech godzin niczym niezakłóconego snu, a obecność Smitha za bardzo by mi to utrudniała.
W obecnym stanie ten ciemnowłosy sens mojego życia na pewno nie pozwoliłby mi zasnąć, tak, jak ubiegłej nocy w hotelu, a niestety ja w przeciwieństwie do niego nie miałam okazji odespać jej w samolocie.
Zamykając drzwi, opieram się o nie plecami i ciężko wzdycham, ale nie z ulgą. Czuję w kościach, że jeszcze przez najbliższą godzinę nie będę miała okazji na wyczekiwane spotkanie z białą pościelą. Powodem tego będzie nie kto inny, jak istota, której głośny pisk właśnie rozniósł się po całym piętrze.
- Opowiadaj, opowiadaj! - Vi złapała mnie za rękę i podskakując z podekscytowania zaciągnęła mnie na kanapę.
- Co tu dużo opowiadać... wesele, jak wesele - zmęczona przeczesałam palcami włosy, które aż błagały, aby umówić się ze szczotką na romantyczne wyczesywanie kołtunów.
- Nie o wesele pytam! - jęknęła, a ja wzdycham ze zrezygnowaniem.
Głupia łudziłam się, że w jakiś magiczny sposób uda mi się ominąć temat nocy spędzonej w hotelu i odłożyć go w czasie przynajmniej do jutra.
- Opowiadaj, jak było. Ze szczegółami! - domagała się niebieskooka.
- Czy to takie ważne? Są o wiele ciekawsze rzeczy do opowiedzenia... - wzruszyłam leniwie ramionami. - Na przykład to, że dziś nie padało - wyciągnęłam pierwszy i najprawdopodobniej najgłupszy przykład, który przeszedł mi przez myśl. - A zauważ, że jesteśmy z Londynie - mieście, w którym pada - średnio - dwieście dni w roku.
Mina mojej ulubionej szatynki wskazywała na to, iż moja wypowiedź była głupsza, niż mi się zdawało. Najwidoczniej szukanie argumentów w stanie wpółprzytomnym, nie jest moją mocną stroną.
- Co może być ważniejsze od nocy, w której moja najlepsza przyjaciółka straciła dziewictwo? - oburzona skrzyżowała ręce na piersi, i tym razem mogłam już być pewna, że nie odpuści, a żadne z moich wyszukanych wymówek już nie zdołają pogorszyć mojej sytuacji.
- Nie wiem od czego zacząć...
- Najlepiej od początku.
- Tak więc... - zaczęłam niepewnie, próbując posklejać napływające do mojej głowy obrazy w miarę spójną wypowiedź.
- Ze szczegółami - powtórzyła stanowczo.
- Leżeliśmy prawie nadzy w łóżku i...
Nie spodziewałam się, że opisywanie sceny łóżkowej może być aż tak trudne. W książkach to wszystko wydawało się być ujęte w tak lityczny sposób, że równie dobrze mogłeś pomylić seks z tańcem pełnym namiętności.
- I wtedy on znalazł się nade mną i...
Natomiast mój opis romantycznej sceny, jaką miałam okazję przeżyć ubiegłej nocy przypominał kiepski film pornograficzny, interpretowany przez dwunastolatkę z brakami we słowniku.
- Nie potrafię ująć tego w słowa - w końcu westchnęłam z rezygnacją.
- No dobra, to może ja Ci trochę pomogę? - zasugerowała niebieskooka, a widząc moje zmarszczone pytająco brwi od razu wyjaśnia. - Ty będziesz mówić, a ja kończyć, podsuwać Ci słowa, których powinnaś użyć.
Mogła się to wydawać na pozór banalna współpraca, ale w rzeczywistości była wręcz niemożliwa...
- Zacznij od początku.
- Leżeliśmy prawie nadzy w łóżku, gdy Dan znalazł się nade mną i zaczął pozbywać się resztek mojej garderoby...
- Wtedy poczułam w sobie jego męskość, która rozpaliła całe moje ciało. Jego usta ssały moje sutki, a biodra ruszały się sprawiając mi taką przyjemność...
- Wystarczy - przerwałam przyjaciółce, gdy ta zaczęła się rozkręcać opisując najprawdopodobniej to, co nie tak dawno działo się w jej sypialni.
- No co? Nie było tak? - jęknęła pewna swojej wersji wydarzeń.
- Nie - skrzywiłam się na samo wspomnienie o "przyjemności" jakiej doświadczyłam tamtej nocy.
- Jak to? - otworzyła szeroko oczy zdziwiona odpowiedzią.
- Po prostu... Nie było tak kolorowo.
- Więc jak?
- Bolało, jak cholera!




No i wróciłam po krótkiej przerwie.
Cały tydzień ferii spędziłam na czytaniu książek
i jeszcze kilku innych ciekawych zajęciach,
co pomogło mi odzyskać wenę i chęci do pracy.
Mam nadzieję, że kolejny rozdział z serii "zapychaczy"
się wam spodobał, a tymczasem zdradzę wam,
iż przygotowałam dla was małą niespodziankę,
którą mam zamiar wam pokazać,
gdy tylko stuknie mi 10k wyświetleń.
Co prawda trochę mi jeszcze do tego brakuję,
ale mam nadzieję, że sprawicie mi tą przyjemność
i w najbliższym czasie dosięgnę tej, nie do tak dawna
niewyobrażalnej dla mnie liczby.
Trzymam za was kciuki i czekam na wasze opinie ^^